1 Poznański Bieg Niepodległości – „wstyd na całą Polskę”, zawiedzeni biegacze, a nawet wolontariusze!

To miała być wielka, perfekcyjnie zorganizowana impreza sportowa przygotowywana przez ponad 2 lata, a na którą czekało tysiące biegaczy. Takiego biegu brakowało w kalendarzu imprez – 1 Poznański Bieg Niepodległości, bo o nim mowa przeszedł do historii. Niestety historii z której poznaniacy raczej nie będą dumni. Okazało się, że wprowadzony limit 10 tysięcy uczestników przerósł możliwości organizatorów. Chciałoby się rzec, że to było do przewidzenia, ale niczego nie można być pewnym w 100%. Tym razem jednak obawy biegaczy związane z ogromną ilością uczestników były słuszne. Już przed biegiem sporo osób wyrażało wątpliwości czy 10 tysięcy ludzi w biegu, który przecież debiutuje to nie za duże wyzwanie. Organizatorzy jednak ze stoickim spokojem utwierdzali wszystkich w przekonaniu, że ich doświadczenie to gwarancja tego, że wszystko się uda. Na wszelkie spekulacje, wątpliwości odpowiadali cynicznymi ripostami, które momentami były wręcz ignoranckie. Nie chcielibyśmy tego nazywać zadufaniem, ale takie znamiona miały te wypowiedzi. Czy zatem zgubiła ich zbyt duża pewność siebie? Co nie zagrało na biegu, który miał być sportową wizytówką Poznania, a okazał się niewypałem?

Byliśmy osobiście na trasie oraz na mecie biegu aby zobaczyć na własne oczy jak taki potężny tłum zostanie ogarnięty pod względem organizacyjnym. Jak się okazało problemy zaczęły się już przy wydawaniu pakietów startowych – były osobne stanowiska do odbioru pakietów i osobne do koszulek. Ludzie czekali więc bardzo długo – z relacji niektórych osób wynika, że czas oczekiwania wynosił nawet półtorej godziny. Do tego same koszulki były w wielu wypadkach niezgodne z rozmiarem jaki zawodnicy podawali w formularzach. Jak się jednak okazało – to był dopiero początek problemów.

kolejka
Kolejki do obioru pakietów były bardzo długie. Wiele osób mówiło, że tak długo nie czekali jeszcze nigdy.

Na samym starcie przepychanki, ścisk i ogromne problemy z dotarciem do swojej strefy – jeden wielki chaos. Biegacze mieli stworzyć wielką biało czerwoną flagę, ale zamieszanie było tak wielkie, że się to nie udało. Na trasie tłoczno, luz miało może kilkudziesięciu pierwszych biegaczy, a za nimi jeden wielki tłum, w którym praktycznie nie było możliwości wyprzedzania. Ludzie biegli chodnikami, trawnikami, kilkanaście osób powpadało na zaparkowane na poboczach samochody. Tłum, który wydawał się biec poza wszelką kontrolą.

Największe problemy zaczęły się jednak na mecie, która okazała się po prostu za mała aby pomieścić tyle tysięcy uczestników. W pewnym momencie zaczęły napływać takie tłumy, że ludzie czekali w kolejce aby w ogóle minąć linię mety. Oczywistym efektem tego były setki osób, które przez ową kolejkę straciły szanse na życiówkę lub choćby przyzwoity wynik. Jeden z naszych znajomych był około 300m przed metą w czasie 54 minut, na metę „wszedł” w wielkim korowodzie po 9 minutach oczekiwania, a przecież było pełno osób, które czekały jeszcze dłużej… Pamiętamy jak organizator zapewniał, że jest to trasa idealna na życiówki – nie zaprzeczamy, na tej trasie można było szybko pobiec, ale nie w towarzystwie prawie 10 tysięcy biegaczy! Tu trochę winy leży po stronie biegaczy, którzy uwierzyli, że zrobią życiówki chociaż wiedzieli w jakim tłumie będą biec.

To co działo się za metą ludzie określili jako jeden wielki Sajgon, a przypominało zatłoczone targowisko w Chinach. Ochrona straciła kontrolę nad tłumem, który w długiej kolejce oczekiwał aby otrzymać medale, których w pewnym momencie zabrakło. Wielu biegaczy brało niestety po kilka sztuk, a wolontariusze nie byli w stanie tego opanować. W krótkim czasie zabrakło także rogali świętomarcińskich, które mieli otrzymać wszyscy, którzy ukończą bieg. Te również były w pewnym sensie „rozkradzione” przez biegaczy, którzy brali po kilka. Tu akurat nie winilibyśmy organizatora, ale prawda jest taka, że przy tak wielkim tłumie nie da się zapanować nad tymi, którzy lubią na mecie zabrać więcej niż im się należy. Zabrakło więc medali, zabrakło rogali, a także wody. Panował chaos, a tysiące niezadowolonych ludzi snuło się bez celu po całym centrum ku uciesze właścicieli kawiarni i cukierni, ponieważ wielu biegaczy po prostu poszło i kupiło sobie rogale. Niestety także w tym przypadku organizator wykazywał zbytnią pewność siebie, co było widoczne w odpowiedziach na obawy przed biegiem.

Na trasie widać były prawdziwe tłumy, ale przynajmniej dało się biec. Problem zaczął się gdy pojawił się "korek" przed metą.
Na trasie widać były prawdziwe tłumy, ale przynajmniej dało się biec. Problem zaczął się gdy pojawił się „korek” przed metą. fot. Biegologia.pl 

Swojego niezadowolenia nie kryją nawet wolontariusze, którzy również wypowiadają się na stronie wydarzenia na fb. Sami przyznają, że zostali potraktowani jak typowe konie pociągowe – pracowali od świtu ustawiając barierki i nosząc przeróżne ciężkie elementy zabezpieczenia. Zostali rozwiezieni na trasę półtorej godziny przed startem przez co bardzo zmarzli – nie otrzymali nawet ciepłej herbaty. Jak sami przyznają była to praca ponad ludzkie siły. Jeden z wolontariuszy napisał nawet publicznie, że po noszeniu tych ciężarów ma teraz problem z kręgosłupem. To wszystko dobrze podsumowuje fragment wypowiedzi jednego z wolontariuszy odnośnie organizatora: …myślał sobie, że może nas wykorzystać jako TANIA SIŁA ROBOCZA i sobie przy okazji zaoszczędzi na wynajęciu ekip technicznych…

Bieg ukończyło 8967 osób i było to zdecydowanie za dużo. W naszej ocenie w takim dniu jak 11 listopada, przy tak dużej liczbie osób w centrum miasta limit 2-3 tysięcy zawodników byłby optymalny. Dlaczego więc organizatorzy zdecydowali się puścić na ulice Poznania takie tłumy? Gdy nie wiadomo o co chodzi… resztę sobie dopowiedzcie sami.

Prawdziwa batalia toczy się teraz w sieci. Negatywne komentarze sypią się wręcz lawinowo, ludzie są bardzo zniesmaczeni całą sytuacją, wielu uważa się oszukanych w związku z brakiem świadczeń, które były gwarantowane w ramach pakietu. Zapowiadają więc protesty i będą domagać się zwrotu opłat startowych. Nie brakuje komentarzy, iż jest to „wstyd nie tylko dla Poznania, ale też dla całej Polski” – w końcu wielu zawodników przyjechało z dalekich zakątków kraju – skuszeni atrakcyjnym medalem i smakowitym rogalem. Nie dziwi więc wkurzenie zwłaszcza tych, którzy przejechali kilkaset kilometrów, a nie dostali ani jednego ani drugiego. Organizator wystosował co prawda post z wyjaśnieniem tej sytuacji, ale jest to bardzo ogólne stwierdzenie, że nie wszystko zagrało jak trzeba i z tego co można aktualnie zaobserwować – najbardziej negatywne komentarze są usuwane, a niektórzy użytkownicy blokowani. Oczywiście raz po raz pojawiają się pozytywne komentarze dotyczące biegu, bo dla wielu liczyło się po prostu uczestnictwo w biegu, ale zdecydowana większość jest po prostu wściekła.

Chociaż trasa należała do szybkich trudno było na niej uzyskać życiówkę przez tłok i zator przed metą. fot. Biegologia.pl
Chociaż trasa należała do szybkich trudno było na niej uzyskać życiówkę przez tłok i zator przed metą. fot. Biegologia.pl

Takiej sytuacji jeszcze w Poznaniu nie było, gdyż do tej pory stolica Wielkopolski słynęła z wysokiej organizacji imprez. Tym razem ludzie zaufali organizatorom – w końcu to ci, którzy organizują bieg nie pierwszy raz. Tak się jednak kończy gdy priorytetem organizatora jest frekwencja – ciągłe nawoływanie do zapisów, kuszenie i obiecywanie złotych gór było wręcz komiczne. Od początku widać było, że najważniejsze było osiągnięcie limitu 10 tysięcy biegaczy i pokazanie innym, że to oni są najwięksi i najlepsi. Z perspektywy czasu przypomina to nieco próby jądrowe Korei Północnej – byle wyglądało spektakularnie i z pompą. Przesyt na polskich biegach widać już od dobrych paru lat, ale sytuacje, w których tak wiele rzeczy wymyka się spod kontroli zdarzają się relatywnie rzadko. Może też sami biegacze przestaną się wreszcie jarać wielotysięcznymi biegami, a bardziej docenią mniejsze, kameralne imprezy organizowane bez fajerwerków, ale za to z pasją?  Tutaj jednak pomimo tłumów wszystko miało być perfekcyjne i pokazać poznańską solidność w najlepszym wydaniu. Wyszło jak wyszło.

Co pokaże przyszłość? Trudno powiedzieć, bo nie wiadomo czy biegacze drugi raz zaufają organizatorom i czy sam organizator pójdzie po rozum do głowy i się opamięta. Wcale byśmy się jednak nie zdziwili gdyby Pan Dyrektor już za kilkanaście dni otworzył zapisy za drugą edycję z informacją, że limit na 2017 rok to 15 tysięcy biegaczy. Brzmi abstrakcyjnie, ale obawiamy się, że tak właśnie może być.

Zwycięzcami biegu zostali Bartosz Nowicki z czasem 31:06 i Katarzyna Kowalska z czasem 35:27. Mają więc podwójne szczęście – po pierwsze wygrali, po drugie ominął ich horror, który rozegrał się kilkanaście minut później.