Meta biegu – dla biegaczy to miejsce niezwykle ważne. To jak wrota do lepszego świata, a często nawet wrota do raju. Każdy powinien czuć się tam wyjątkowo i być traktowany dobrze bez względu na to w jakim czasie przybiegł. Jak jednak pokazuje życie – tuż za metą często nie jest tak jak byśmy tego oczekiwali. Bywa, że organizatorzy robią różne rzeczy, które powodują, że w tej niezwykłej strefie zaczyna robić się jakoś dziwnie…  



 

Nieznajomość zawodników z czołówki

Ten problem jest najczęściej wynikiem braku porozumienia pomiędzy spikerem, organizatorem, a firmą pomiarową. Często sytuacja wygląda tak – mamy np. bieg na dystansie półmaratońskim, spiker zapowiada głośno, że wbiega pierwszy, drugi, trzeci Kenijczyk – wymienia bez większych problemów ich egzotyczne imiona i nazwiska. Następnie wbiega pierwszy Polak z niezłym czasem poniżej 1:10 i wtedy się zaczyna stękanie – na metę wbiega, eeee, zaraz z numerem 12, Marian, yyyy znaczy nie Marcin, eee… no i gdy ten już dawno minął linię mety i odebrał medal – wtedy spiker dopiero dostaje informacje kto to taki. Ja się w tym momencie pytam – czy organizator nie może zrobić listy zawodników legitymujących się najlepszymi czasami i dać jej spikerowi aby ten mógł potem szybko sprawdzić kto to jest? Przecież taka lista to zaledwie kilku, kilkunastu zawodników, których bardzo szybko jest znaleźć po numerach startowych. Nie ma tutaj żadnej filozofii, a jednak problemy bywają spore. Spiker ma zapłacone za wykonaną usługę więc również jego obowiązkiem jest rozeznać się przed biegiem którzy mocni zawodnicy staną na starcie – mocni, czyli niekoniecznie tylko made in Kenia lub Ukraina.

 

Zasłanianie tyłkiem wyświetlacza z czasem

To jest totalna bezmyślność, której nijak nie mogę pojąć. Na mecie w większości biegów znajduje się zegar pokazujący czas jaki upłynął od momentu startu. Dla kogo jest ten zegar? Oczywiście dla organizatora, kibiców, ale najbardziej dla zawodników, którzy często na ostatnich metrach walczą o pobicie życiówki, sugerując się właśnie tym wyświetlaczem. Tymczasem na wielu biegach jest tak – kilku grubych organizatorów/działaczy staje tuż przy mecie i swoimi cielskami zasłaniają zegar. Nieraz widziałem biegaczy, którzy spoglądali na swoje zegarki i na metę próbując bezskutecznie dopatrzeć się czasu. Taka sytuacja jest nieprzyjemna i może często odebrać nadzieje na dobry wynik, który nieraz zależy od sekund.

 

Podniecanie się formą biegaczy zagranicznych 

Różne głosy jakie ostatnio się pojawiają na temat dopingu stosowanego przez kenijskich biegaczy-rezydentów oraz kolegów z Ukrainy powinny nieco ostudzić emocje jakie miotają organizatorami. Zwłaszcza jeśli bieg ma okrojony budżet i nie stać go na badania antydopingowe. Wydzieranie się do mikrofonu, że właśnie na metę wbiega nadludzki biegacz z Kenii, który ma afrykańskie geny, super moc i trzy życia to żenada. Opowiadanie kibicom banialuków o tym jak kolega z Czarnego Lądu wygrał już 20 biegów w tym roku, bijąc 10 razy życiówki to również pitolenie o Szopenie. Za dużo było już zamieszania z dopingiem w polskich biegach by zwycięstwa tych biegaczy traktować tak jednokierunkowo. Powściągliwość w tej kwestii byłaby tylko na korzyść organizatorów i spikera. Niestety mało organizatorów ma jaja i równie mało ma w ogóle świadomość problemu stąd też wielkie radowanie się z obecności różnej maści biegaczy z poza Polski. Zasada powinna być prosta – nie stać Cię na badania antydopingowe, to przynajmniej nie wychwalaj pod niebiosa kogoś kto może być oszustem.

 

Komentarze Facebook