7 najgłupszych rzeczy jakie zrobiłem w moim biegowym życiu

Jak wiadomo, najłatwiej jest krytykować innych – wytkać błędy, pokazywać komuś co robi nie tak, a samemu mieć się za człowieka nieomylnego. A co gdy trzeba obiektywnie spojrzeć na siebie samego? Nie każdy ma chęci i odwagę przedstawiać siebie w krzywym zwierciadle, ale prawda jest taka, że czasami trzeba to zrobić. Dzisiaj chciałbym Wam przedstawić 7 najbardziej bezmyślnych, absurdalnych i idiotycznych wręcz błędów, które popełniłem przez ponad 13 lat biegania. Niektóre są tak głupie, że z perspektywy czasu zastanawiam się gdzie ja wtedy  miałem głowę. Zresztą – poczytajcie sami.

7 najgłupszych rzeczy jakie zrobiłem w moim biegowym życiu!

Zimna woda zdrowia doda, ale…

No właśnie – zawsze wiedziałem, że zimna woda jest dobra dla zdrowia. No, a skoro jest zdrowa to warto ją wykorzystać również przed maratonem. Był rok 2004 – startowałem wtedy w Maratonie Wrocławskim. Temperatura poniżej 10 stopni, zatem dosyć chłodno. Godzinę przed startem postanawiam wypróbować następujący patent – biorę lodowaty ponad 20 minutowy prysznic aby maksymalnie pobudzić swoje krążenie. Wychodzę spod prysznica bordowo-siny z zimna, ale bardzo rześki. Jadę na start – organizm powoli się rozgrzewa. Chodzę ubrany na krótko, bo jest mi ciepło i czuję się świetnie. Startuję i… już po 10km zaczynam odczuwać skutki wcześniejszego wyziębienia organizmu. Pomyślałem więc – pewnie biegnę za wolno. Przyspieszyłem z tempa 4:30/km do 3:50/km i tak biegłem aż do 20km. Na połówce zameldowałem się w 1:26 mimo, iż zakładałem 1:34. Od tamtej pory zaczął się mój horror, tragiczna walka z wyziębieniem, wiatrem i deszczem. Z kilometra na kilometr zwalniałem i było potwornie zimno.

 

Zwycięstwo i życiówka w Biegu Śniadaniowym!

Przed niektórymi maratonami odbywają się tzw. biegi śniadaniowe. Takie biegi miały miejsce swego czasu przed maratonem w Poznaniu. Pomyślałem więc sobie – czumu nie. 5km to akurat fajny rozruch przed startem następnego dnia. Pobiegłem więc z nastawieniem, że potruchtam z innymi, ale gdy ruszyłem i zobaczyłem, że biegnę pierwszy – straciłem rozum. Nie wiedzieć czemu zacząłem przyspieszać tak, że drugi kilometr zrobiłem już w 3:40. Kolejne były tylko szybsze, a ostatni wyszedł chyba w 3:15 lub nawet poniżej. Na 5km kilometrze zameldowałem się z czasem poniżej 17min. Co mi to dało? Chyba tylko nauczkę na przyszłość. Nie dość, że w biegu nie było żadnej klasyfikacji ani nawet oficjalnego pomiaru czasu, to jeszcze wymęczyłem się bezsensownie. No, ale oczywiście pomyślałem tak – przecież mam dopiero 20 lat więc szybko odpocznę i się zregeneruję. Kolejnego dnia ruszyłem więc na 2:59. Po 22km już zaczynałem odczuwać trudy dnia poprzedniego. Skończyłem w 3:16 stwierdzając po drodze, że jednak zrobiłem z siebie idiotę. Od tego czasu już nigdy nie wystartowałem w biegu śniadaniowym.

 

Glukoza w woreczku – moje źródło energii

Miałem chyba 20 albo 21 lat. Startowałem na moim ulubionym dystansie – czyli w maratonie. Ponieważ zawsze traciłem siły po 30km, postanowiłem, że tym razem się nie dam! Zabezpieczyłem się więc odpowiednio zabierając ze sobą około 200g woreczek z glukozą w proszku. Gdy tylko minąłem 30km otworzyłem swoją tajną broń i wsypałem pokaźną ilość prosto do paszczy. Nie pomyślałem jednak o pewnym drobnym szczególe – przecież ten proszek trzeba jakoś popić! Tymczasem w ustach sucho jak w tartaku, a do najbliższego punktu z wodą prawie 5km! Zacząłem się dusić, kaszleć, prychać, a glukoza sypała się na wszystkie strony. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i zastanawiałem się nawet jak idiotyczna czeka mnie śmierć. W dodatku zgromadzeni wzdłuż trasy kibice patrzyli na mnie jak na jakiegoś psychopatę – wyglądałem jak narkoman na wielkim głodzie, który nagle znalazł worek z kokainą. Bóg jeden wie jak to się stało, że ta glukoza w końcu przeszła mi przez przełyk. Cały obklejony ukończyłem ten nieszczęsny maraton 20 minut wolniej niż zakładałem. Kolejna porażka i kolejny popis głupoty – wtedy też zacząłem się zastanawiać czy na pewno zasługuję na to by posiadać dowód osobisty…

 

Pierwszy maraton – debiut prawie w 2:28

No, ale jak wiadomo – prawie robi wielką różnicę… Głupotą w bieganiu wykazywałem się od zawsze. Już pierwszy start w maratonie pokazał, że coś ze mną nie tak. Miałem wtedy 18 lat i powiedzmy nie najgorzej biegałem na 3000m (około 9:05-9:10). Czułem się więc mocnym zawodnikiem. Gdy przyszedłem na start postanowiłem więc ustawić się gdzieś z przodu aby od razu zająć dobrą pozycję.Stanąłem jakieś 2-3 rzędy za elitą – tuż przed oczami miałem biegaczy z ówczesnej czołówki jak: Białk, Glinka, Bebło, Jaroszewski oraz oczywiście reprezentantów Kenii i Ukrainy. Pomyślałem sobie tak – skoro oni wszyscy biegają 3000m w granicach 8min, a ja biegam tylko minutę wolniej, no to przecież logiczne, że będę się trzymał gdzieś blisko ich. Wystartowaliśmy – super, tempo nieco poniżej 3:30/km i całkiem przyjemny bieg. Mija jeden, drugi, trzeci kilometr – czołówka nieco z przodu, a wokół mnie zawodnicy, którzy się nieco dziwnie na mnie patrzą. Słyszę jakieś rozmowy o formowaniu się grupy na 2:30. Na 5km zameldowałem się w czasie około 17:30 – biegnę więc na 2:28. Akurat… 6km i już zwalniam do 3:45, 7km, ledwo poniżej 4min. Kolejne kilometry to już tylko próba wyjścia z honorem – czyli ukończenia swojego pierwszego w życiu maratonu. Kończę nieco poniżej 4h bardzo wycieńczony na miejscu 700 na 1000 biegaczy. Kolejne dni to twarde zderzenie z rzeczywistością – może i umiem biegać średnie dystanse, ale wytrzymałości całkowicie mi brakuje. Od tamtego czasu minęło 12 lat zanim w ogóle złamałem 3h! Dziś wierzyć mi się nie chce jak mogłem nawet pomyśleć, że rywalizacja z takimi zawodnikami jest w moim zasięgu…