Bieg Kobiet w Warszawie – tłum różowych bab, które nie potrafią biegać

Dziś chciałbym Wam przedstawić nieco inną relację z biegu niż zazwyczaj. Jestem facetem i myślę jak facet, ale czasami staram się zrozumieć kobiety. Ok – wiem, że łatwiej jest zostać prezydentem USA czy odbyć lot na Marsa, ale… mimo wszystko się staram. 22 października zajechałem do Warszawy aby przyjrzeć się organizacji Biegu Kobiet, który był zwieńczeniem wielkiego, babskiego tournee po Polsce (wcześniej takie biegi odbywały się we Wrocławiu, Świdnicy, Gdyni, Poznaniu oraz Łodzi).

Nie będę się rozwodził nad szczegółami, bo nie o to tym razem chodzi. Biuro Zawodów działało bardzo sprawnie, a marketing przed biegiem na celujący z plusem. Teleportujemy się jednak szybko do Parku Szczęśliwickiego i mamy już 22 października czyli dzień startu. Czego ja jako facet oczekiwałbym przed biegiem? Szczerze? Świętego spokoju, możliwości szybkiego odebrania pakietu i dobrze oznaczonej trasy. Gdy patrzyłem na dziewczyny przychodzące do parku widziałem setki uśmiechów, spontaniczna radość i jakiś podejrzany brak stresu. Czy ja na pewno jestem na zawodach sportowych? A jednak – dynamiczny spiker nie pozostawił złudzeń. To całkiem poważna impreza – Bieg Kobiet w Warszawie i ponad 1500 uczestniczek na liście startowej!

Kobiety napływały ze wszystkich stron i z jednej strony czułem się jak w raju, a z drugiej – coraz bardziej zacząłem zastanawiać się po co te wszystkie kobiety biegną. Nie ukrywam, że sporo z nich w ogóle nie wyglądało na biegaczki, inne rzucały tekstami typu „byle ukończyć”, jeszcze inne zadawały trywialne pytania czy na mecie będzie woda. Chociaż te wszystkie pytania wydawały mi się co najmniej dziwne – nagle zrozumiałem, że nie jestem na imprezie biegowej jakie znam od ponad 15 lat startów. Jestem w niewielkim parku pełnym aktywnych kobiet, które chcą pobiec nie tylko dla samego wyniku czy miejsca. Jestem w parku, który jest pełen matek, rozwódek, dyrektorek i sprzedawczyń, blondynek i szatynek, kobiet przebojowych i szarych myszek. Nagle, w ten jesienny, październikowy dzień wszelkie podziały zeszły na dalszy plan. Tutaj wszystkie dziewczyny były po prostu częścią jednej, wielkiej społeczności pełnej wspaniałych biegaczek i tą integrację było widać na każdym kroku.

- REKLAMA -

Drugi temat to sama idea biegu. Rywalizacja rywalizacją, bieg biegiem, ale… tutaj najważniejsza była profilaktyka przeciwnowotworowa. Organizatorka – Marzena Michalec od wielu miesięcy trąbiła o tym jak ważne jest badanie piersi, na sam bieg sprowadziła mammobus, a jej działalność z pewnością pomaga wielu kobietom. Nie będę udawał eksperta i pisał jak ważne są te badania, ale muszą być ważne skoro na tak dużym biegu odgrywają one pierwszoplanową rolę. W tym momencie chciałbym też odeprzeć ostre słowa wielu mężczyzn, którzy uważają, że takie biegi są niepotrzebne – drodzy ignoranci, kobiety to istoty z natury delikatniejsze od nas i okażmy im szacunek. Nie traktujmy takich biegów jako przejawu fanaberii czy feminizmu, ale spróbujmy potraktować to jak zwykłe, masowe spotkanie kobiet, które się w swoim towarzystwie lepiej czują i rozumieją. My faceci też czasem potrzebujemy wyjścia na piwo w swoim męskim towarzystwie i jest to normalne – jedyna różnica polega na tym, iż nasze wyjścia oprócz solidnego dania w czajnik nie służą żadnej idei zatem koledzy – więcej zrozumienia, a będzie się żyło lepiej.

Piszę to wszystko z perspektywy faceta i zaczynam coraz bardziej rozumieć jak potrzebne są tego typu imprezy. Pokonanie wstydu, integracja, szansa przełamania wewnętrznych barier, ale też zwykłe zdrowie, o którym tak często zapominamy. Nie wiem ile pań tym razem debiutowało, ale wierzę, że oprócz pięknego medalu wyniosą z imprezy cenne doświadczenia o tym jak biegać i jak dbać o swoje piersi, które dla nas facetów są często postrzegane zbyt jednoznacznie. Warto też dodać, że w ramach imprezy zostało zebrane ponad 3500zł na Dorotę, która cierpi na niezwykle okropną odmianę raka. Dla nas to tylko słowa i liczby – dla niej, codzienna walka o życie. Trudno to pomieścić w głowie, ale na tego typu imprezach – trzeba.

Pomimo niezwykle szlachetnej idei biegu znalazło się kilka ścigaczek, które zacięcie rywalizowały o miejsce na podium. Najszybsza okazała się Anna Żuchowska z czasem 19:24, drugie miejsce przypadło Beacie Kądziołce (20:10), a trzecie Marcie Jastrzębskiej-Majak, która metę pokonała z wynikiem 20:45. Sam bieg ukończyło ponad 1200 uczestniczek!

Osobiście gratuluję wszystkim kobietom, które wzięły udział w tym biegu. Nie dlatego, że uznaję je za bohaterki, bo przebiegły 5km. Umówmy się – to nie był wymagający dystans dla pań, które w miarę zdrowo żyją. Ja im gratuluję dlatego, że poprzez swój udział wskazały na naprawdę istotny problem. Gratuluję tym najszybszym i tym z końca stawki, które z uśmiechem na ustach uroczo ślimaczyły do mety. I jeszcze jedno – nie przejmujecie się słowami jednego z obserwatorów tego biegu, który stwierdził, że to tylko tłum różowych bab, które nie potrafią biegać. Może większość z Was rzeczywiście biega obstawiając tyły, ale przynajmniej robicie to z sercem i przekonaniem, że swoją aktywnością pomagacie innym. Temu facetowi – zdecydowanie tego zabrakło.

Takie biegi coraz bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że ogromne ciśnienie na rywalizację i wyniki powinny być czasem zredukowane. Warto pomyśleć nad sobą i swoim zdrowiem, czasami zwolnić, pobiec dla funu i jakiejś idei. Nie zawsze musimy się ścigać, a sport jest przecież tym niezwykłym nośnikiem pozytywnych emocji, które powinny nas łączyć, a nie dzielić. Za rok znowu pojawię się w Warszawie i chętnie popatrzę na kobiety, które pokażą, że bieganie nie musi być tylko zwykłym przebieraniem nogami. Do zobaczenia w 2018 i gratulacje dla Was!

 

 

 

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWrzuć trening na fejsa – jeden lajkuje, inny wymiotuje.
Następny artykułBiegacze – wypierd…ć do parków! Tam organizujcie sobie zawody!
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.