Biegaczka – gorszy sort biegowej społeczności?

Biegaczka – gorszy sort biegowej społeczności?

Mamy XXI wiek. Biegać może każdy, kto tylko chce. Jest równość uprawnienia i nie ma problemu. Teoretycznie. W praktyce już nie jest tak kolorowo. Kobiety biegają, zacierają chore stereotypy, startują w zawodach, ale… nie zawsze pamięta się o tym, że są to jednak kobiety, które z jednej strony wymagają równego traktowania, ale z drugiej – traktowania wyjątkowego. I nie ma w tym ani krztyny przesady, ot po prostu – ludzkie podejście i zrozumienie tych, bez których świat biegania byłby po prostu nudny. Ten tekst to tylko zalążek pewnej tematyki, a raczej zachęta do tego by zacząć dyskusję na temat problemów biegających kobiet w Polsce. (Autorem jest mężczyzna, więc pewnie wszystkich problemów nie zauważył. Tak czy inaczej – zapraszamy do wymiany zdań w tym temacie). 

 

Nagrody większe dla mężczyzn niż dla kobiet

Kiedyś takie zjawisko było normą. Obecnie występuje już bardzo rzadko, a organizatorzy najczęściej tłumaczą je niską frekwencją pań w ich biegach. I co z tego? Czy jeśli w zakładzie, w którym pracuje 100 osób będzie zatrudnionych 5 osób niepełnosprawnych to znaczy, że nie warto dla nich robić podjazdów przy wejściu? Warto i nawet trzeba!

Mała liczba kobiet w biegu w żaden sposób nie tłumaczy organizatora od tego, że ustala nagrody wyższe dla mężczyzn. To nie ma żadnego znaczenia. Czasy, kiedy kobietom nie wolno było startować i miały ograniczone prawa już dawno minęły. Obecnym standardem nowoczesnych imprez biegowych powinny być równe nagrody, nawet kosztem zmniejszenia puli nagród męskich. Nie chcę się dalej rozpisywać w tym temacie, ale moje stanowisko jest jasne – równe traktowanie jest konieczne, bez względu na wielkość imprezy, poziom i frekwencję.