Bieganie w oparciu o tętno – nie ma sensu!

W ostatnim czasie coraz bardziej popularne staje się bieganie z pulsometrem wyposażonym w przeróżne funkcje. Takie biegowe kombajny są niezwykle przydatne i sprawiają mnóstwo frajdy – możesz zobaczyć ile kilometrów przebiegłeś, na jakiej wysokości się aktualnie znajdujesz, a nawet w którą stronę kierować się do domu (taką funkcję ma m.in. Polar M400). Jest jednak pewna ciemna strona tych udogodnień – pomiar tętna. 

Dlaczego akurat pomiar tętna? Niestety zbyt wiele osób ufa w to, że biegając tylko i wyłącznie w oparciu o wyznaczone strefy tętna – trenuje efektywnie. Nie jest tak jednak do końca. Wyobraźmy sobie biegacza, który ma 30 lat. Weźmy więc najprostszy i najbardziej popularny wzór na obliczanie HRmax czyli 220 – wiek. Nasz biegacz ma więc HRmax 190. Wyznacza więc sobie strefy treningowe w swoim pulsometrze i rusza na trasę. Dziś ma zaplanowane 15km w I zakresie tętna czyli nie powinien przekraczać 142 uderzeń (przyjmując, że jego II zakres zaczyna się powyżej 75% HRmax). Przyjmijmy, że tempo jego I zakresu to około 5:30/km. Bohater naszego eksperymentu czuje się dobrze, ale jest po całym dniu pracy i nie jest całkowicie wypoczęty dlatego jego tętno przekracza 142 uderzenia na minutę. Momentami dochodzi do 150 czyli już w sumie II zakres. Nie chcąc biec wbrew wyznaczonym przez siebie strefom zwalnia więc do 5:45/km i w takim tempie biegnie już do końca nie przekraczając dzięki temu II zakresu.

Teoretycznie – wydaje się to dosyć logiczne, ale rodzi się pytanie – czy to zwolnienie było konieczne? Czy jeśli jego samopoczucie było w porządku to czy był sens celowo zwalniać? W mojej ocenie – nie. Przecież na wahania tętna mają wpływ przeróżne czynniki – pogoda (temperatura, ciśnienie atmosferyczne), poziom zmęczenia wywołany pracą, wypita przed treningiem kawa, a nawet zróżnicowanie terenu. Biegacz, który kurczowo trzyma się danej strefy i nie patrzy na swoje odczucia tylko manewruje tempem tak by danej strefy nie przekroczyć biega po prostu mniej efektywnie, bo w wielu przypadkach zwalnia mimo, że nie musi. To takie trochę podcinanie sobie skrzydeł na własne życzenie.

- REKLAMA -

Oczywiście kontrola tętna w cyklu treningowym jest przydatna – warto od czasu do czasu założyć na trening pasek na klatę i sprawdzić czy w trakcie biegania nie mamy jakichś nagłych skoków tętna, które mogłyby zwiastować problemy zdrowotne lub przetrenowanie. Bieg to jednak wysiłek i jest nieprzewidywalny – jednego dnia zrobisz 20km w dolnych granicach II zakresu i będziesz czuł się świetnie, innym razem wymęczysz 10km na tym samym tętnie, a będziesz czuł się znacznie gorzej. Czy nie lepiej w tej sytuacji biec w tempie, które danego dnia bardziej nam odpowiada?

Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że są dni gdy swój klasyczny 15-20km trening pokonuję ze średnią poniżej 4:25/km, a są dni, że średnia wychodzi powyżej 4:50/km. Tymczasem abym mieścił się w I zakresie musiałbym biec około 4:45/km (wtedy moje tętno oscyluje około 140 uderzeń na minutę). I tak też bym pewnie biegał gdybym codziennie biegał po tej samej, płaskiej trasie, przy identycznej pogodzie i tym samym samopoczuciu. Jak jednak się domyślacie – tak się po prostu nie da i stąd też moje balansowanie tempem. Czuję się lepiej – biegnę szybciej. Czuję się gorzej – zwalniam. Prosta zasada, która pozwala mi trzymać nie najgorszy jak na amatora poziom w bieganiu i co najważniejsze – to ja przejmuję kontrolę nad swoim ciałem, a nie robi to za mnie urządzenie.

Warto więc korzystać z nowinek technologicznych dla biegaczy, ale nie popadajmy w paranoję – gdy biegniesz i co kilkanaście sekund wpatrujesz się w swój pulsometr aby nie wejść w inną strefę tracisz radość z treningu – nie widzisz połowy rzeczy, które mijasz po drodze i niepotrzebnie zwalniasz. To krótka droga do tego aby stanąć w miejscu i przestać notować postępy.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen Polak pobił rekord Polski i przebiegł tyle kilometrów, że aż trudno uwierzyć!
Następny artykułŚniadanie biegacza. Czy jest konieczne?
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.