W ostatnim czasie pewien biegacz zadał mi pytanie co sądzę na temat biegów górskich i czy nie uważam, że takie bieganie to nie bieganie tylko zwykły marsz. Szczerze – byłem nieco zaskoczony takim pytaniem od biegacza, który swoje pierwsze biegowe kroki stawiał ponad 20 lat temu. Biega więc dłużej ode mnie, a pyta tak jakoś dziwnie. Powęszyłem jednak po sieci, popytałem, a kilka osób wręcz podpuściłem i rzeczywiście – niektórzy zapaleni „ulicznicy” uważają biegi górskie za bezsensowne. Jedna z wypowiedzi była następująca – biega się po asfalcie, a w góry to się jeździ turystycznie pozwiedzać, pochodzić. Inny ananas stwierdził, że w górach biega się łatwiej, bo wolniej, a na asfalcie trzeba zapier…



Bezsensowne antagonizmy

Ja nie wiem skąd się biorą w Polsce takie antagonizmy wobec innych dyscyplin – ba, często w sumie tych samych dyscyplin tylko różniących się specyfiką. To trochę tak jakby kolarz szosowy gardził kolarzem górskim, tłumacząc to mniejszymi prędkościami jakie osiąga. Bez sensu… Tak samo długodystansowcy często patrzą z politowaniem na sprinterów, których trening uważają za dużo łatwiejszy – oczywiście może nieco drażnić specyficzne „noszenie się” sprinterów, ale nie można im odmówić tego, że trenują równie ciężko co średniacy czy maratończycy.

Bieganie po górach to zupełnie inna bajka

Wracając do tematu biegów górskich – to, że w ich nomenklaturze zawarta jest fraza bieg nie oznacza, że zawodnik musi cały czas biec nie wiadomo jak szybko aby pokazać biegaczowi ulicznemu, że to wciąż bieg, a nie marsz. Specyfika biegów górskich jest inna i sam tego doświadczyłem w 2009 roku startując w swoim jedynym biegu górskim w życiu – I Maratonie Karkonoskim. Czas jaki w tedy osiągnąłem wynosił blisko 5h i był o około 2h słabszy od mojej ówczesnej maratońskiej życiówki. Były momenty, że musiałem przechodzić do marszu, były momenty, że po prostu chciałem uciec z trasy, bo byłem wycieńczony (było dodatkowo bardzo gorąco) i wtedy właśnie zrozumiałem, że biegi górskie to zupełnie inna bajka – kompilacja wytrzymałości, hartu ducha i bardzo dobrej techniki. Ja generalnie nie posiadam żadnej z tych cech dlatego ten start zapamiętałem bardzo dobrze i może właśnie dlatego do biegania górskiego już nie wróciłem (chociaż w szosowych biegach po górach brałem udział).

Nie każdy ma odwagę stawić czoła górom

Jestem jednak pełen podziwu dla wszystkich, którzy się tego podejmują – bez względu na to czy jest to 14km Bieg na Śnieżkę czy 82km Bieg Rzeźnika. Część zawodników biegnie, część idzie, a część człapie ledwo mieszcząc się w limicie – góry jednak nie przebaczają i są nieprzewidywalne. To nie jest tak jak w półmaratonie, który biegniesz na gaz i nagle odcina Ci prąd – możesz wtedy zwolnić do 7min/km, ale dalej biegniesz. O tempie 7min/km w górach – wielu może tylko pomarzyć. Mam takie odczucie, że wielu biegaczy ulicznych zazdrości „góralom” widoków, tej przyrody, którą mijają, tych przełęczy i szczytów, które zdobywają. Nie oszukujmy się – takie rzeczy znacznie bardziej zapadają w pamięci i chwytają za serce niż bieg w centrum Warszawy. Sam mam czasem ochotę puścić pawia jak biegnę zawody w mieście i mijam ohydne fabryki, bloki i odrapane kamienice, a do mety jeszcze… 30km…

Róbmy to co kochamy

Chciałbym więc abyśmy nie patrzyli na bieganie przez pryzmat własnych dystansów i nawierzchni, po których biegamy. Marcin Świerc (przedstawiać chyba nie muszę) w jednym z wywiadów sam przyznał, że chociaż po górach biega mu się świetnie to na szosie jego wyniki są dalekie od czołówki. Nie wspomniał jednak nic o tym, że dla niego bieganie po szosie jest pozbawione sensu, bo on szanuje wszystkich. Mnie do biegów górskich jakoś specjalnie nie ciągnie (chociaż lubię trenować w górach i nie wykluczam, że wkrótce zaliczę kilka takich startów) – nie ciągnie mnie także do sprintów czy biegów z przeszkodami typu Runmageddon. Jeśli jednak inni czują się lepiej z dala od utartych szlaków, to niech to robią – to ich wybór. A czepianie się nazewnictwa? Bieg górski to bieg górski – gdzie możemy tam biegniemy lub truchtamy, a gdzie się nie da tam przechodzimy do marszu. Tak już po prostu jest – w górach czas płynie wolniej i biega się wolniej. Kto tego nie zrozumie – lepiej niech rzeczywiście zostanie na szosie.

Komentarze Facebook