Co nam pomogło przebiec maraton bez większego zmęczenia?

fot. Tomasz Szwajkowski/www.szwajkowski.info

Wielu z Was może potraktować ten wpis jako kryptoreklamę. Oto nagle, ni z gruszki ni z pietruszki naczelny Biegologii zachwala jakieś podejrzane, białe pastylki. Można tak pomyśleć w pierwszym momencie, ale nie o zachwalanie tutaj chodzi – myślę, że ten krótki tekst może naprawdę uratować wielu biegaczy, a zwłaszcza maratończyków przed potencjalnym „zgonem” na ostatnich kilometrach. No, ale do rzeczy.

Kwestia odżywiania w dniu maratonu była zawsze dla mnie jasna – zjadałem śniadanie z dużą ilością węglowodanów, odczekiwałem 3 godziny i startowałem. W trakcie biegu oczywiście banany (jeden z największych biegowych mitów – fakt, są zdrowe, ale w trakcie biegu zbyt długo zalegają w żołądku, a ich wartość węglowodanowa nie powala). Efekt był taki, że energii dalej mi brakowało, a żółty owoc latał mi w żołądku utrudniając bieg.

Po wielu latach biegania porzuciłem banany na rzecz żeli – owszem działają i potrafią dodać energii, ale nie każdy je lubi. Mi zawsze przeszkadzał ich smak i często, zwłaszcza po 30km żołądek miał problem z przyswojeniem ich. Było więc to już lepsze rozwiązanie niż banany, ale ciągle brakowało mi tego złotego środka, który zapewni mi stały dopływ energii, nie obciążając przy tym układu trawiennego.

- REKLAMA -

Około 10 lat temu po raz pierwszy w moje ręce trafiło opakowanie pastylek Dextro Energy – nie bardzo wiedziałem co to takiego i jak to stosować, ale poczytałem, że na Zachodzie tego używają i postanowiłem spróbować. Przyznam teraz otwarcie, że w tamtym czasie w ogóle one na mnie nie działały (jak się teraz okazało) z dwóch powodów – powód był prosty: każde zawody zaczynałem za szybko i końcówka była walką o przetrwanie i właśnie dopiero wtedy gdy dopadał mnie kryzys/ściana sięgałem po Dextro z nadzieją, że da mi nagle taką moc, że znowu ruszę we właściwym dla siebie tempie. To był błąd, bo jak się później dowiedziałem – stosowanie tych pastylek ma sens tylko wtedy gdy przyjmuje się je regularnie podczas całych zawodów, w mniej więcej równych odstępach czasu.

A czym w ogóle jest Dextro Energy? To pastylki zawierające dekstrozę czyli cukier prosty. Nie będę się wgłębiał w dokładny opis ich działania, ale jest on najszybciej wchłanialnym cukrem – działającym szybciej i efektywniej od glukozy. Podnosi bilans energetyczny organizmu, zwiększając wydolność oraz wytrzymałość. Dodatkowo zawierają sporo magnezu oraz witaminy z grupy B. Jak wcześniej wspomniałem – na Zachodzie, a zwłaszcza w Niemczech – Dextro Energy stosowane jest często przez sportowców, ale także przez osoby wykonujące ciężką pracę fizyczną. Czasami jest wręcz stosowana jako „substytut” kawy. Są przyjemne w smaku, wystarczy je rozgryźć i łatwo się rozpuszczają w ustach. Czy rzeczywiście pomagają?  

Przez wiele lat te pastylki stały dla mnie w jednym szeregu z innymi odżywkami. Nie zwracałem specjalnej uwagi na ich działanie, a kilkukrotne stosowanie bez praktycznie żadnych efektów utwierdzało mnie w przekonaniu, że trzeba szukać innego rozwiązania. Zdanie zmieniłem dopiero wtedy gdy sam zacząłem pomagać w dystrybucji tychże pastylek. I teraz pewnie niektórzy z Was parskną śmiechem – zaczął rozprowadzać coś w czego działanie sam nie wierzył. Trochę tak, ale wiedziałem, że mnóstwo ludzi to stosuje i nie wiedzieć czemu – bardzo sobie chwali. Od początku tego roku kilkukrotnie stosowałem te pastylki na crossowych maratonach oraz długich treningach i już efekt był lepszy niż przed laty, ale wciąż nie taki jakiego bym oczekiwał. W czym więc tkwił problem? Tym bardziej, że od wielu biegów Dextro stosuje moja żona – Ola i bardzo jej pomagają. Okazało się, że warto czasami posłuchać żony… a było to tak: 

Kilka dni temu pojechaliśmy na expo przed 3. Gdańsk Maratonem – ciężka praca, po kilkanaście godzin dziennie, cały czas na nogach, obsługa stoiska, rozładunek, załadunek, itp. W dniu maratonu mieliśmy pojechać do domu, ale w przeddzień wpadliśmy na nieco szalony pomysł – pomimo zmęczenia i całkowitego braku formy, wystartujemy w Gdańsku! Trochę z sentymentu, ponieważ tam się poznaliśmy i tam mieszkaliśmy przez kilka lat i trochę na bakier z rozsądkiem;) Nie mieliśmy sprecyzowanego planu, ale stwierdziliśmy, że pobiegniemy w miarę spokojnie w okolicach 3:15-3:20 (to oczywiście tempo spokojne jak na nasze możliwości). Biegniemy pierwsze kilometry, mija około 20 minut – Ola wyciąga z kieszeni opakowanie Dextro i pyta się czy chce pastylkę. Jak dla mnie to było za wcześnie, po co mam coś brać skoro czuję się jakbym nic nie przebiegł, ale ok – dałem się skusić (pastylki były też na punktach żywieniowych, ale dopiero od 25km).

40 minuta biegu – bierzemy kolejną. 60 minuta i około 13km w nogach – no cóż, tempo około 4:40 to dla nas naprawdę powoli, ale ok – biorę pastylkę. Po kolejnych dwudziestominutówkach sam zacząłem przypominać o przyjęciu pastylki (aha – dodam tylko, że ich pudrowa konsystencja jest taka, że nie trzeba ich popijać). W taki sposób dotrwaliśmy do 30km. Tutaj już bez względu na tempo powinno pojawić się jakieś zmęczenie. I rzeczywiście pojawiło się, ale totalnie minimalne, jak bym dopiero z 10km przebiegł. 35km – kolejna pastylka, a ja czuję się świetnie, zupełnie jak bym w przeddzień nie był 12 godzin na nogach. Kilka kilometrów przed metą jeszcze jedna i pełna moc pomimo biegu pod wiatr od 40km. Wynik na mecie 3:19:28 czyli średnia 4:42/km – według planu chociaż takiego zapasu energii akurat nie planowałem;) Ktoś powie – ok, ale wy jesteście wytrenowani, biegacie kilkanaście lat. To prawda, ale maraton to zawsze ponad 42km, które chcąc nie chcąc w jakimś stopniu męczą każdego. 

Pierwszy raz ukończyłem maraton bez żadnych bananów, żeli i innych wynalazków (chociaż wróć – Dextro to jest jakiś wynalazek, ale znany od baaardzo dawna). Tylko pastylki, które cały czas utrzymywały odpowiedni poziom cukru. Eureka – te Dextro rzeczywiście trzeba przyjmować od początku do końca w równych odstępach czasu! Na mecie czułem się znakomicie i chociaż był to jeden z moich najwolniej pokonanych maratonów, to jednak biorąc pod uwagę ogólne zmęczenie i aktualny brak formy – było to dla mnie w jakimś stopniu obciążające fizycznie. Tak czy inaczej – Dextro po raz pierwszy zrobiło dobrą robotę. Pozwoliło biec na totalnym luzie i bez cienia energetycznego kryzysu.

Pewnie niektórzy z Was dalej uważają, że napisałem to wszystko aby zareklamować „magiczne pastylki”. Nie o to chodzi – one za was treningu nie zrobią, one nie są gwarantem życiówki i braku ściany po 30km. Najważniejszy jest sumienny trening i zdobywane na bieżąco doświadczenie. Mało tego – nie każdy z Was musi odczuwać taki komfort biegu jak ja przyjmując dekstrozę. Dzielę się jednak z Wami swoim doświadczeniem w tym temacie – może niektórzy z Was będą chcieli przetestować ich działanie i w przyszłości problemy nagłych spadków energii nie będą się już pojawiać.    

W całej tej historii jest tylko jeden paradoks – biegliśmy w miodowych koszulkach Honey Stinger, a to przecież żele, a na trasie przyjmowaliśmy pastylki Dextro. Spieszę więc z wyjaśnieniem – Honey Stinger to nasze ulubione żele – stosowaliśmy je, stosujemy i z pewnością będziemy stosować, ale raczej jako support odżywczy na treningach, zamiennie z Dextro. Na zawody wybierzemy jednak pudrowe pastylki, które są sprzedawane w takich opakowaniach jak poniżej. A za ile i gdzie je można dostać? Tego już Wam nie napiszę, bo to nie jest reklama tylko rekomendacja. Sami je sobie znajdźcie i spróbujcie jeśli chcecie. Pozdrawiam:)      

         

          

  

        

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułBrudne myśli 100-milowca
Następny artykułDlaczego tak bardzo boimy się 30km na maratonie?
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.