Czas, wynik, życiówka, progres! A gdzie jest radość z biegania?

Bieganie powinno dawać radość, satysfakcję i poczucie spełnienia. To w końcu pozytywna energia, endorfiny i emocje, które trudno opisać słowami. A jednak są wśród nas zawodnicy, którym ta cała przyjemność biegania ucieka. Zamartwiają się gdy nie pobiją życiówki, czują się gorsi i nieustannie porównują się do szybszych biegaczy. Biegowi malkontenci – tak można by w skrócie nazwać osoby, o których piszę. Często biegają na naprawdę przyzwoitym poziomie, a mimo to – wciąż narzekają. Nieustannie dążą do perfekcji, ich każdy start musi zakończyć się życiówką, bo inaczej kwalifikowany jest jako „nieudany”. Mało tego – nawet życiówka często nie sprawia im satysfakcji. „Mogłem pobiec szybciej, gdybym nie zwolnił na ostatnich stu metrach byłoby, 3 sekundy lepiej, kumpel z mojej kategorii trenuje mniej, a nabiegał lepszy wynik, itp” – takie i podobne teksty można usłyszeć z ust biegowych malkontentów.

Takie podejście do biegania bardzo demotywuje i potrafi skutecznie odebrać radość z uprawiania sportu. W perspektywie wielu lat istnieje spore prawdopodobieństwo wypalenia, co może mieć bardzo negatywne skutki i zostawić trwałe blizny na psychice. Człowiek tak podchodzący do biegania nieustannie walczy ze swoimi myślami, a komparatywny sposób percepcji współzawodników ogranicza i stawia biegacza w obliczu sztucznej presji. To ślepy zaułek, z którego z biegiem czasu coraz trudniej się wydostać.

Znam wielu zawodników, którzy w latach 80 i na początku lat 90 osiągali bardzo dobre wyniki – często biegali maratony poniżej 2:30 i półmaratony poniżej 1:10. Spinali się niemiłosiernie, a ich każdy trening był walką o przetrwanie. Potężna presja na wynik i ciągłe poczucie bycia gorszym od polskiej czołówki. Nieustanne balansowanie pomiędzy brakiem spełnienia, a całkowitą rezygnacją z biegania. Ci, którzy nie potrafili zmienić podejścia i sposobu myślenia – dziś nie mają nic wspólnego z bieganiem, a ich biegowe buty są pokryte kurzem w szafie. Ci, którzy przejrzeli na oczy i zrozumieli, że bieganie to przede wszystkim radość, zdrowy styl życia i pozytywna energia – wciąż biegają, może nie tak szybko jak kiedyś, ale z poczuciem sensu i spełnienia.

Pozytywnym przykładem jest chociażby Jurek Skarżyński – człowiek, który legitymuje się rekordem życiowym w maratonie 2:11:42. Wciąż biega, oczywiście znacznie wolniej, ale potrafił się przestawić mentalnie. Wie, że nie osiągnie już takich wyników jak kiedyś, ale trenuje, biega na tyle na ile pozwala mu jego zdrowie i wiek, ale przede wszystkim czerpie z tego radość, którą pozytywnie zaraża innych biegaczy. Jego wielu kolegów z biegowych tras, którzy również kiedyś pięli się po szczeblach biegowe kariery – dziś nie biegają i często nie rozumieją, że sport może przynosić satysfakcję nawet wtedy gdy jest uprawiany tylko amatorsko. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale możecie być pewni, że jest spora grupa biegaczy, którzy w latach 70 i 80 osiągali wyniki poniżej 2:20, a którzy obecnie są całkowicie oderwani od rzeczywistości i którzy niejednokrotnie z pogardą patrzą na amatorów. Takie podejście jest chore, ale jest też dowodem na to, że maksymalne spięcie na wyniki i rekordy może być bardzo negatywne w skutkach.

Powiedzmy sobie otwarcie – nie jesteśmy mistrzami świata, nie walczymy o olimpijskie laury, ale mamy swoje cele, które chcemy realizować. Czy to jednak powód do tego by tracić radość z biegania? Czy 4:02 w maratonie to powód do załamania tylko dlatego, że kolega z pracy pobiegł 3:59? Czy 19:05 na 5km to beznadziejny wynik, bo miało być 18:59? 95% biegaczy dałoby wiele żeby chociaż 20 minut złamać… Musimy nauczyć się pozytywnego myślenia, radości z każdego pokonanego kilometra i satysfakcji z tego, że w ogóle potrafimy ruszyć się z kanapy. Często słyszy się puste frazesy, że teraz bieganie to nic wyjątkowego, bo biegają prawie wszyscy. Jest to bzdura – biega może kilka procent społeczeństwa, a ogromna liczba ludzi nie rusza się w ogóle. I Ty jako biegacz masz mieć świadomość swojej wartości i wyjątkowości. Trenujesz, startujesz, nie szukasz wymówek – zatem należy Ci się szacunek. Jest tylko jeden warunek – to Ty musisz mieć szacunek do siebie i emanować pozytywną energią. W przeciwnym razie postawisz siebie w świetle porażki – już na starcie będziesz miał tylko dwie opcje percepcji: albo uzyskam nową życiówkę i odniosę sukces albo po prostu ukończę bieg i poniosę porażkę. Pytanie tylko – jaką porażkę? Czy ukończenie biegu może być porażką? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Tobie.

1
2
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułI Bieg Czekoladowy – relacja z najsłodszego biegu w Poznaniu!
Następny artykułŚrodowe podbiegi z Biegologia.pl – dziś ze słodkim poczęstunkiem
Tomasz Peisert

Redaktor naczelny i właściciel portalu, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, tworząc rozmaite teksty/felietony, prowadząc biegowe akademie i warsztaty. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Dzięki swojej dociekliwości doprowadził do wyjścia na jaw wielu mrocznych spraw z biegowego światka. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km 35:19.