Decyzja w sprawie Biegu Rzeźnika. Dlaczego jest pozbawiona sensu?

Emocje po decyzji wicedyrektora Bieszczadzkiego Parku Narodowego oraz Wiceministra Ochrony Środowiska w sprawie zakazu wstępu biegaczy na teren BPN nie cichną. W sieci robi się coraz głośniej, a ludzie publikują coraz ostrzejsze komentarze wobec decyzji jakie zapadły.

Doskonale rozumiem rozgoryczenie biegaczy dlatego trochę na chłodno chciałbym krótko i treściwie przedstawić swój punkt widzenia w tej sprawie:

Moim zdaniem Bieszczadzki Park Narodowy nie jest odpowiednim miejscem do rozgrywania komercyjnych imprez sportowych, ponieważ to miejsce chronione i przeznaczone do uprawiania turystyki po wyznaczonych szlakach. Z tego właśnie powodu nie widzę absolutnie żadnych przeciwwskazań ku temu aby miał się tam odbywać bieg ultra. Dlaczego? Ponieważ to nie jest forma rywalizacji, która opiera się na pędzeniu na oślep, przedzieraniu się przez dzicz przy gromkich owacjach kibiców i wytwarzaniu hałasu, od którego przyroda ginie. To po prostu bieg, który niewiele różni się od klasycznej wycieczki turystycznej.

- REKLAMA -

Oczywiście możemy tutaj mówić o znacznie większej liczbie uczestników i pewnych aspektach niezbędnych do organizacji takiego przedsięwzięcia, ale to jest kropla w morzu w porównaniu z faktem, że same Bieszczady co roku odwiedzane są przez blisko ćwierć miliona turystów! Dlaczego więc w tym aspekcie nie wprowadza się ograniczeń? Odpowiedź jest prosta – pieniądze. Przyjmijmy, że Rzeźnika biegnie 2000 osób – jest to więc zaledwie 0,8% wszystkich turystów odwiedzających tę część Polski. Dla wicedyrektora i wiceministra to niewielki ułamek, który prawie w żaden sposób nie przyczynia się do wzbogacenia kasy Parku. Pytanie tylko czy nie warto byłoby również wziąć pod uwagę aspektu wizerunkowego? Bieg Rzeźnika tworzy spore spektrum do ekspansji reklamowej BPN na czym sama dyrekcja parku mogłaby tylko zyskać.

Argumenty, które podają są absurdalne: „turyści, którzy w tych dniach wyruszą na wędrówki górskie, oczekując spokoju i kontaktu z dziką przyrodą, będą zmuszeni wymijać się na wąskich ścieżkach z przebiegającymi lub przechodzącymi co chwilę zawodnikami co jest dla wielu nie do zaakceptowania”. Czy turysta przyjeżdżający w sezonie w Bieszczady liczy na całkowitą ciszę, spokój i brak ludzi na trasie? Niestety czasy się zmieniły i dzikiej głuszy oraz błogiego spokoju szuka się gdzie indziej – Beskid Niski, Suwalszczyzna, Warmia. I już nawet nie chodzi o to aby Biegiem Rzeźnika dobić jeszcze komercyjnie ten region – to jest główna impreza, która skupia ludzi naprawdę zakochanych w górach – nawet jeśli wśród uczestników znajdzie się kilka czarnych owiec, które pobiegną to dla lansu to gdy popatrzymy na wspomnianą wcześniej liczbę 250 tysięcy turystów rocznie to możemy mieć pewność, że co najmniej 1/4 z nich to brzydko mówiąc hołota, która jedzie w „Biechy” żeby się solidnie nachlać w Ustrzykach lub nad Soliną i zaliczyć prawdziwie dziki melanż (oczywistą konsekwencją jest bydlęce zachowanie, hałasy i wyrzucanie śmieci gdzie popadnie).

Jest to więc bardzo krzywdząca decyzja, ponieważ godzi już nie tylko w samych biegaczy i organizatorów, ale jest ciosem w sprawiedliwość społeczną. Ta decyzja, która pokazuje, że bieganie zaczyna być postrzegane przez pryzmat rodzącego się stereotypu komercji i biegowej obsesji. Szkoda, ponieważ jest to daleko posunięta generalizacja i na pewno ograniczenie, które nie powinno mieć miejsca zwłaszcza jeśli ma ścisły związek z promocją zdrowia, sportu i turystyki.

 

To jest OK!
To jest OK!
To natomiast jest degradacja środowiska!
To natomiast jest degradacja środowiska!