Depcząc po piętach elicie

Polski maraton elity zaczyna kuleć. I nie jest to jedynie chwilowy kryzys. To już przewlekła kontuzja, która dotyka czołówkę naszych maratończyków od wielu lat. I nie chodzi tu tylko o coraz niższy poziom Mistrzostw Polski, gdzie dwójka pierwszych zawodników ledwo schodzi poniżej wyniku 2:14 a wynik 2:18:23 (Radosława Dudycza z 2013) wystarczy na zajęcie 3 miejsce. Imprezy tej rangi już dawno straciły pierwotny blask i poziom jaki weterani pamiętają choćby z lat 80. Przykładowo: w Dębnie podczas Mistrzostw Polski w Maratonie z roku 1988 czas Dudycza dawałby zaledwie 19 miejsce… Nie mniej jednak słowa uznania dla Radka się należą, ponieważ jako jeden z nielicznych nie poddał się do końca komercji i sukcesywnie startuje w Dębnie zdobywając medale Mistrzostw Polski.

 

Mamy 2014 i z roku na rok jest coraz gorzej. Przed szereg wybija się tylko nasz najlepszy maratoński towar eksportowy – Henryk Szost, który jako jedyny kilkukrotnie łamiąc granicę 2:10 i dochodząc do rekordu życiowego 2:07:39 może być naszym powodem do dumy. Pozostali pomimo starań wciąż nie są w stanie wybić się na arenie międzynarodowej, a ich wyniki pomimo, że budzą zachwyt amatorów, w świecie europejskiej i światowej elity mają znaczenie bardzo marginalne. Nadzieją na lepsze czasy polskiego maratonu byłaby chociaż powtarzalność wyników w okolicach 2:10. Niestety od kilku sezonów, nawet ten trend zanikł… oby nie bezpowrotnie.

Na porządku dziennym staje się już oswajanie polskich kibiców z wynikami zwycięzców polskich maratonów na poziomie rzadko poniżej 2:20. Legendarny już, 35. Maraton Warszawski wygrywa co prawda Polak (Yared Shegumo), ale etiopskiego pochodzenia z czasem powyżej 2:10, a pierwszy Polak (jakby to rzec – polskiego pochodzenia) przybiega dopiero na 9 miejscu z wynikiem powyżej 2:20. Jeszcze gorzej jest w Poznaniu, Krakowie, Łodzi i oczywiście wspomnianym przeze mnie wcześniej Dębnie…

 

Oczywiście idąc na skróty, winą można obarczyć naszych kolegów z Kenii i zza wschodniej granicy, którzy masowo do nas zjeżdżają w poszukiwaniu łatwych pieniędzy. Łatwych, bo powiedzmy sobie prawdę – poziom naszej elity nie stwarza im jakiejś szczególnej bariery, która ów zarobek mogłaby utrudnić. Analogiczna sytuacja ma miejsce również na dystansach krótszych; półmaratonach, piętnastkach, czy popularnych bardzo biegach na dystansie 10km. Takie skrótowe myślenie nie wyjaśni jednak przyczyn problemu. Powodem mogą być zarówno trudności z komunikacją na linii zawodnik – PZLA, niewłaściwie prowadzony trening czy chociażby pogłębiająca się pauperyzacja polskiej elity, która coraz częściej szuka środków finansowych np. w wojsku, reprezentując je na zawodach rangi międzynarodowej (a propos osiągając tam niemałe sukcesy) lub startując w słabo obsadzonych biegach, w których można zarobić cokolwiek, nawet niskim nakładem sił.

 

Wielu naszych czołowych zawodników ma niezaprzeczalny talent i potencjał, skryty jednak pod płaszczem niełatwych polskich realiów… To nasza polska rzeczywistość i póki co, nie widać światełka w tunelu, które zwiastowałoby większe zmiany.

Tymczasem w świecie amatorów sytuacja ma się zupełnie odwrotnie. Jest ich coraz więcej, startują coraz częściej, a wśród nich znajduje się kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu zawodników, którzy zasługują na szczególną uwagę. Tym zawodnikom nie przeszkadza brak wielkich pieniędzy, profesjonalnych obozów i obecność szybszych Kenijczyków. Oni realizują swoje treningi nie zważając na nic. Są amatorami, ale to co ich wyróżnia to konsekwentność, ambicja i duch walki, który powoduje, że od pewnego czasu, sukcesywnie zaczynają doganiać elitę. Nabierają tempa, którym balansują na granicy amatorstwa i zawodowstwa.

 

1 KOMENTARZ

Comments are closed.