Dlaczego 30km maratonu budzi grozę niczym thriller?

Dla biegaczy przeważnie po minięciu magicznej tabliczki z liczbą 30 zaczynają się prawdziwe schody i pojawiają się pierwsze symptomy zbliżającej się ściany. Nie ukrywajmy – jeśli przeszarżowałeś na początku lub po prostu nie wystarczająco dużo trenowałeś – kryzys po 30km prędzej czy później Cię dopadnie. Co jednak najbardziej niszczy biegacza na tych ostatnich 12km? Wbrew pozorom wcale nie jest to nagły spadek energii, „wypłukany” magnez czy „betonowe” nogi.

Najczęściej niszczymy sami siebie negatywnym myśleniem i błędnym postrzeganiem dystansu, który pozostał do mety. 30km przebiegliśmy bez większych problemów, jakoś zleciało i nagle tę ostatnia dwunastkę zaczynamy postrzegać jako jakiś ultra dystans, który pokonujemy pośród ogni piekielnych, dystans, który zdaje się nie mieć końca. I wtedy właśnie zaczynamy mentalną autodestrukcję – nawet jeśli mamy jakieś pokłady sił, to nie wydobędziemy ich z siebie, bo mózg podpowiada – jeszcze taaaak daleko, nic nie zdziałasz, musisz tylko to jakoś ukończyć i przeżyć. Sam kiedyś odbierałem takie sygnały ze swojej głowy, ale… pewnego dnia przestałem. Kurde no! Przecież 12km to dla długodystansowca pikuś! Po co to mitologizować? Po co robić z tego tragedię?

Trzeba włączyć myślenie, że przecież taką dwunastkę biega się na prawie każdym treningu. To jest po prostu mało. Co mają powiedzieć ultrasi, którzy są na 30km, a do mety zostało im jeszcze 70? Tak wiem, wtedy biegnie się wolniej, ale percepcja dystansu zawsze potrafi solidnie „zryć banię”. Nie panikuj, wizualizuj sobie te 12km jako dystans naprawdę niewielki, wyobraź sobie, że to zaledwie Twoja droga do pracy lub znajomego, to nie koniec świata, ale 3 okrążenia parku po którym biegasz. I to jest niby dużo? Dwunastka, którą łykasz prawie codziennie? Myśl tak, nawet gdy podświadomość podpowiada Ci co innego, oszukaj swój umysł i nie licz upływającego czasu, nie spoglądaj co chwilę na gps i nie kalkuluj za nadto. Postaraj się trochę wyłączyć, ale obieraj pośrednie cele – do następnego skrzyżowania, do wieży ciśnień, do kościoła, do Urzędu Skarbowego. Realizuj poszczególne fragmenty trasy, a ani się nie spostrzeżesz i będziesz na mecie. I co – te 12km to był taki dramat, znaczy thriller?

Możecie uznać tę radę za trywialną – że niby gdy zacznę inaczej myśleć, to będę biegać lepiej? Nie będziesz lepiej biegać, ale pomoże Ci to przetrwać ostatnie kilometry maratonu w lepszej formie psychicznej, a to pozwoli Ci z kolei wykrzesać niedostępne do tej pory pokłady sił. Musisz tylko uwierzyć i przekonać swój mózg, że 12km to MAŁO. Porównaj to do czegoś – np. wyobraź sobie, że 12km to zaledwie 2 kółka wokół Twojego niewielkiego jeziorka, które w ciągu roku setki razy okrążasz. Wyobraź sobie, że 12km to tylko dobieg od Twojego domu do koleżanki, która mieszka 6km od Ciebie i powrót. To krótki odcinek, a nie tasiemiec, który zdaje się nie mieć końca.

Zacznij tak myśleć, a do 30km nie będziesz dobiegał z miną jak byś właśnie zobaczył wrota piekieł, ale z uśmiechem i radością, że do mety zostało już TYLKO 12km.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNagła kontuzja czołowego polskiego maratończyka
Następny artykułBiegasz i nie możesz schudnąć? Przyczyna może być prosta!
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.