Życiówka – to słowo bardzo popularne wśród biegaczy. Któż o niej nie marzy? Poprawić swój wynik, udowodnić sobie i innym, że stać Cię na coraz szybsze bieganie i spełnić kolejne marzenie. Pozostaje tylko jedna podstawowa kwestia – jak to zrobić? Oczywiście trenować, trenować i jeszcze raz trenować – czynić to z głową i według zasad, o których pisaliśmy już wielokrotnie. Dziś chciałbym jednak krótko i treściwie poruszyć temat łamania określonych barier czasowych, ponieważ zauważyłem, że właśnie chęć i pogoń za nimi – każdego sezonu gubi wielu biegaczy.

Trójka z przodu to brzmi dumnie

Jakiś czas temu jeden z moich znajomych brał udział w „Orlenie”. Jego rekord życiowy wynosił 4:21. Z jego sposobu trenowania, wyniku z półmaratonu oraz ogólnej aktualnej dyspozycji wynikało, że powinien pobiec na czas w granicach 4:10-4:12. Kolega uparł się jednak, że zaatakuje barierę 4h aby mieć „trójkę z przodu”. Jako, że prowadziłem akurat debiutującą koleżankę miałem okazję obserwować jego zmagania na trasie. Moje obawy niestety sprawdziły się, do połówki wszystko zgodnie z planem (1:58 na półmetku), potem stopniowe zwalnianie i od 32km walka o przetrwanie…

Gdy mijaliśmy go – nie wyglądał dobrze. Skończył z czasem 4:28 – gorszym od swojej życiówki o 7 minut… Nie był jedyny – między 30, a 42km bardzo wielu biegaczy i biegaczek szło – wycieńczeni, z całkowitym brakiem siły i motywacji do dalszego biegu, a przecież nie można powiedzieć, że wszyscy, którzy szli – za mało lub źle trenowali. Większość z nich po prostu rzuciła się na atakowanie czasów na które jeszcze nie byli gotowi. Widać to było po ogromnym tłumie jaki podpiął się pod pacemakerów na 4h. 3/4 z nich po 30km było już daleko z tyłu…

2:59 to prawie to samo co 3:01. Prawie…

Podobnych przykładów jest mnóstwo – ludzie wciąż nakręcają się łamaniem barier czasowych, które w ich mniemaniu uplasują ich w wyższej klasie sportowej. Sam kiedyś byłem przekonany, że złamanie trójki zrobi ze mnie zawodnika z „elity”. Oczywiście złamanie 3h w maratonie było dla mnie czymś fantastycznym i niezapomnianym, ale nie czuję się znacznie szybszy od tych, którzy biegają 3:02-3:03. Droga jaką pokonałem do tego wyniku była wypełniona błędami – gdy miałem życiówkę 3:30 – atakowałem 3h. Gdy miałem życiówkę 3:15 – atakowałem 3h.

Gdy miałem życiówkę 3:07 – to samo. A przecież wystarczyło wyłączyć z głowy myślenie o „dwójce z przodu” i stopniowo z każdym maratonem poprawiać się o kilka minut. Tymczasem robiłem odwrotnie – każdy maraton był z mojej strony jednym wielkim popisem głupoty i przykładem fatalnej taktyki czyli do 30km bieg na 2:59, a potem ściana i powłóczenie nogami do mety.

Kolejne wyzwania, bariery

Po wielu latach gdy wreszcie z upragnioną trójką się rozprawiłem – zapaliła się kolejna lampka aby łamać nową barierę. I znowu ten sam błąd, który tyle lat popełniałem – zamiast założyć sobie jakiś realny cel w postaci 2:53-2:54, to atak na 2:50, bo przecież 2:49 to sto razy lepszy wynik niż 2:5X… Oczywiście się sparzyłem i przybiegłem w 2:56:47 – życiówka wprawdzie była, ale licha – poprawiona o zaledwie 30 sekund. Mogło być lepiej gdyby nie BARIERA…

Teraz już to wiem i w duchu przyrzekłem sobie nie podpalać się atakami na wyniki, które są mało realne. Porzucam myślenie o łamaniu barier, a zaczynam myśleć o życiówkach, o urwaniu kilku minut z obecnych wyników. Zachęcam Was również do tego – takie bieganie jest o wiele rozsądniejsze. Nie dajmy się poddać choremu trendowi łamania barier i nie dajmy sobie wmówić, że biegacz, który uzyskał 4:05 w maratonie jest o wiele gorszy od tego, który nabiegał 3:59. Fajnie jest wejść o „poziom wyżej”, ale dochodźmy do tych barier stopniowo, zakładajmy czasem wyniki, które na pierwszy rzut oka nic nie dają.

Stopniowo do celu

W 2016 roku jeden z moich kolegów postawił sobie za cel nabieganie 3:03 w maratonie. Wszyscy dookoła dziwili się dlaczego nie atakuje trójki – tłumaczył, że akurat na tyle się czuje. Nabiegał ten wynik z pełną satysfakcją bez poczucia bycia gorszym od trójkołamaczy. W zeszłym roku złamał 3h ze sporym zapasem (2:57). Można? Można – trzeba tylko przestawić swój sposób myślenia i postrzegania wyników. Tylko wtedy bieganie będzie prawdziwą przyjemnością, a gdy przy okazji uda się złamać kolejną barierę – przyjemność będzie podwójna.

Komentarze Facebook