Dziwne pytanie naszego czytelnika. To co planuje zrobić to jakiś absurd!

Czy brak życiówki to powód do tego by robić tak absurdalne rzeczy? (zdjęcie przypadkowe, fot.livestong.com)

Często do naszej redakcji spływają różnego rodzaju pytania – o treningi, dietę, sprzęt biegowy, itp. Dziś otrzymaliśmy od jednego z naszych czytelników wyjątkowo dziwne i zaskakujące pytanie. Pan M (dla dobra jego wizerunku niech pozostanie anonimowy) – biegacz z Wrocławia napisał do nas z zapytaniem czy mamy jakieś namiary na kogoś kto mógłby chwilowo wynieść go/wylecieć z nim na wysokość 10tys metrów, ponieważ chciałby na takiej wysokości… pobrać sobie krew, zachować ją i wtłoczyć kilka tygodni później przed zawodami aby mieć lepsze parametry krwi…

Na początku myślałem, że ktoś robi sobie jaja albo, że to może jakaś nieprzeczytana wiadomość z 1 kwietnia. Nic bardziej mylnego – ten człowiek pytał śmiertelnie poważnie, ponieważ za miesiąc ma start w półmaratonie i chciałby złamać, uwaga… 1:50. Tak, dobrze widzicie – ten pan chce sobie przetoczyć krew aby uzyskać nowy rekord życiowy. Fachowo nazywa się to autotransfuzją i jest to dość popularna metoda zwłaszcza w kolarstwie szosowym.

Gdy zapytałem delikwenta dlaczego tak bardzo mu na tym zależy odpowiedział, że próbował już wszystkiego aby tego dokonać i od 5 lat stoi w miejscu z wynikiem. Stosował różnorakie treningi, wypijał 6 filiżanek kawy przed startem, a nawet testował jakiś aktywny tlen czy coś w tym stylu. Jestem w stanie zrozumieć kogoś kto jest o włos od rekordu świata i w skutek presji sportowego środowiska i mediów zaczyna kombinować aby te kilka sekund urwać, ale jeśli robi to ktoś kto biega 1:53 i myśli, że wynik poniżej 1:50 stanie się jego przepustką – no właśnie do czego? Do świata elity? Zbliży go do Igrzysk Olimpijskich? Dla mnie i chyba nie tylko dla mnie to jakiś totalny absurd – ślepa pogoń za wynikiem, która odbiera przyjemność z biegania.

- REKLAMA -

Ja próbuję złamać 2:50 w maratonie – dwa razy mi się to nie udało, ale nawet jeśli kolejne próby będą nieudane to będę walczył lub szukał nowych metod. Na pewno nie polecę na motolotni ze strzykawką ani nie wbiję się jakiemuś zawodowcowi do namiotu tlenowego. Jestem amatorem i doskonale to rozumiem, zależ mi na wyniku, ale nie nie wszelką cenę.

Mam nadzieję, że człowiek, który dzisiaj zadał mi to pytanie opamięta się i zrozumie, że bieganie to nie tylko cyferki. Jeśli się nie opamięta to naprawdę może być z nim źle. Cieszmy się bieganiem i walczmy o życiówki, ale nie popadajmy w skrajności, szkoda zdrowia.

A o tym, że doping stosowany jest niestety również przez amatorów możecie przeczytać w artykule:

Amatorscy biegacze też się szprycują

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułStrażnik Miejski uratował życie dwóm uczestnikom Cracovia Maratonu
Następny artykułMisja: półmaraton. Wicenaczelny „PS” nie samą piłką żyje!
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.