Egoizm w biegu…

fot. darkderek.blogspot.com

To nie będzie tekst mający kogokolwiek czegoś nauczyć. To nie będzie również recepta na udany związek, w którym jedno biega, a drugie nie. To nie będzie również tekst, który miałby skłonić do większych refleksji. To w zasadzie udana lub nieudana próba znalezienia powodu, dla którego co poniektórzy bardziej żyją w sieci niż w prawdziwym życiu. Nie chodzi o tych, którzy weszli na chwilę by poszwendać się po Internecie, sprawdzić newsy, wyniki i poczytać felietony, ale ci którzy po drugiej stronie ekranu tkwią już kolejną godzinę i nie widzą sensu powrotu do świata krytyki, zawiedzionych nadziei i ulotnej motywacji.

 

Od maniaka do egoisty

Trenowanie biegów długodystansowych wykształca w człowieku specyficzne poczucie własnej wartości, pewności siebie i swego rodzaju przebojowości. Widać to doskonale, zwłaszcza gdy jest się świadkiem czyjejś transformacji z anty sportowego leniwca w przepełnionego energii biegacza. Oprócz widocznych zmian fizycznych, poprawy zdrowia i ogólnej wydolności zauważyć można również pewne zmiany w zachowaniu i charakterze. Często jest to większa systematyczność w działaniu, konsekwentność, a nawet większe ambicje. Same pozytywy, chciałoby się rzec, a jednak ta cała machina napędzana jest często silnikiem zbudowanym z egoizmu. Egoizmu, który nieraz jest niezamierzonym efektem maniakalnego podejścia do biegania. No, ale zaraz – jakiego maniakalnego podejścia? Przecież bieganie to pasja tak wielu ludzi, z których większość dla niego serce oddało. Gdzie zatem tkwi problem? Jego źródeł należy doszukać się w specyfice ludzkiego charakteru, który często skazuje człowieka na popadanie w skrajności.

 

Pasja = wzajemne zrozumienie

Wyobraźmy sobie żonatego mężczyznę, który przeżył już 40 wiosen, prowadzi zasiedziały tryb życia, nie uprawiał nigdy żadnego sportu, nie ma żadnej pasji. Łatwo sobie kogoś takiego wyobrazić, bo takich delikwentów w naszym społeczeństwie niestety nie brakuje. Oczywiście żona jest przygnębiona jego zachowaniem i brakiem sił witalnych, nie dogadują się zupełnie. Pewnego dnia nasz bohater w skutek obejrzanego w telewizji mityngu lekkoatletycznego doznaje olśnienia, zakłada buty sportowe i wychodzi pobiegać. Z lenia i grubasa po roku staje się sprawnym biegaczem, startuje w zawodach, jeździ na maratony zagraniczne, udziela się w lokalnym klubie. Następuje odwrót jego sytuacji życiowej o 180 stopni.

Trudno sobie wyobrazić w tym momencie, że jego relacje z żoną mogłyby wobec takiego obrotu spraw, w ogóle nie ulec poprawie czy nawet się pogorszyć. Tak jednak dzieje się bardzo często w dwóch przypadkach. W pierwszym, gdy partnerka, partner (czy też całe otaczające nas środowisko) zupełnie nie popiera naszego sposobu życia, nie interesuje się tym co robimy, czasami szydzi, odbiera motywację. W drugim przypadku, gdy to my sami zaczynamy swoją drugą połówkę ignorować przedkładając bieganie ponad nią. Gdy treningi stają się priorytetem, a trening staje się ważniejszy niż wszystko inne. Obie sytuacje są bardzo niezdrowe dla związku i trudno z nich wyjść obronną ręką. Jak widać wina pogarszających się relacji może stać zarówno po jednej jak i drugiej stronie. Nie będę tu dawał recepty na poprawę takiej sytuacji, bo po pierwsze takowej nie ma, a po drugie nawet gdybym spróbował to zrobić to wiązało by się to ze zbyt dużą generalizacją i nie uwzględnieniem różnorodności charakterów i sytuacji.