Walka o miejsce w kategorii wiekowej – czy to ma w ogóle sens?

biegacze

Dawniej trenowanie biegania (zwłaszcza amatorskiego) było synonimem dziwactwa i ekstrawagancji odbiegającej od ogólno akceptowanego sportowego marazmu. Teraz utożsamiane jest przede wszystkim z dbałością o własny wygląd, formę oraz swoistą nowoczesnością. Gdy do tego wszystkiego dochodzą starty w zawodach to (zazwyczaj) zyskuje się uznanie i szacunek rodziny i znajomych. I choć kiedyś odbiór był zdecydowanie inny, to i dziś nie brakuje osób (zwłaszcza starszej daty), dla których uprawianie sportu to wciąż pozbawione celu męczenie się i nic poza tym. To na szczęście coraz mniejszy odsetek, który nie rzutuje na ogólny odbiór biegania jako zjawiska bardzo pozytywnego.

 

Jest jednak pewien czynnik, który powoduje, że bieganie jest tak silnym magnesem dla bardzo wielu ludzi. Moim zdaniem to w dużej mierze zasługa możliwości rywalizacji o miejsce na podium na każdej niemal płaszczyźnie wynikowej. Oczywiście klasyfikacja generalna zarezerwowana jest dla tych najlepszych, zawodników z elity, jednak wszelkie dodatkowe kategorie, takie jak wiekowe, mieszkańców powiatu czy branżowe, a więc lekarzy, policjantów czy bankowców stwarzają już możliwości rywalizacji znacznie większym masom zawodników.

- REKLAMA -

I tak, można przybiec na końcu stawki w maratonie, zajmując jednocześnie jakieś miejsce na podium w kategorii wiekowej. Ta sytuacja oczywiście częściej dotyczy kobiet ze względu na mniejszą liczbę ich przedstawicielek podczas zawodów, a także zawodników i zawodniczek z wyższych kategorii, które są mniej obsadzone (MK50, MK60, itd.). W opinii niektórych zawodników tworzenie dodatkowych kategorii w obrębie zawodów jest zupełnie niepotrzebne i wyłania tylko sztucznych zwycięzców. Jeżeli jednak przyjrzeć się temu zjawisku od strony psychologicznej to łatwo zauważyć, że często emocje towarzyszące amatorskiej walce w przeróżnych kategoriach są czynnikiem niezwykle motywującym oraz stanowiącym podstawy do poprawy wyników oraz prawdziwej walki.

Taka ,,sztuczna’’ rywalizacja potrafi wykrzesać z człowieka dodatkowe siły oraz utwierdzić w przekonaniu, że prawdziwe bieganie współtworzą wszyscy startujący, nie tylko elita. Co ciekawe, gdy pytałem nieraz zawodników z czołówki o ich sposób postrzegania wszelakich dodatkowych kategorii to okazało się, że z ich strony spotykało się to przeważnie z dużym zrozumieniem i szacunkiem dla wolniejszych kolegów i koleżanek. Zresztą niektórzy z nich nieraz sami mogą tego doświadczyć, gdy nie uda im się stanąć na podium w klasyfikacji generalnej to często zawodnicy, którzy o to podium walczyli, a zostają nagradzani w kategoriach wiekowych, przeważnie M/K20 i M/K30.

Dla nich to zapewne również jakiś czynnik motywujący i podbudowujący, bo przecież lepiej jest stanąć na najwyższym stopniu podium jako zwycięzca kategorii niż wyjechać z zawodów z pustymi rękami jako czwarty zawodnik z klasyfikacji generalnej. Oczywiście jest taka grupa, dla której liczy się tylko to główne, generalne podium – to przede wszystkim ci najszybsi, z głodem zwycięstwa. Dla elity z nieco słabszymi wynikami, często miejsce w kategorii wiekowej może być lekarstwem na frustracje i niewielkim substytutem zwycięstwa, choć różni zawodnicy różnie to odbierają. 

 

Moje ,,zwycięstwa’’ oczami innych.

Dla mnie osobiście zwycięstwo w kategorii wiekowej było zawsze cenne pod warunkiem, że było w niej dostatecznie dużo rywali. Nie ukrywam, że liczył się także jako taki prestiż samego biegu i choć zawsze miałem świadomość tego, że jednak odstaję od czołówki to perspektywa miejsca na podium w kategorii była dla mnie źródłem dużej motywacji. Pierwsze miejsce w M20 podczas Visegrad Maratonu, Nocnego Maratonu Świętojańskiego w Gdyni czy też Półmaratonu Jaworskiego to dla zawodowca żaden powód do dumy, a dla mnie mozaika wspomnień, tworzących moją własną, ważną dla mnie biegową historię.

Skąd więc taka niechęć niektórych biegaczy do tworzenia kategorii na biegach? Mam swoją teorię na ten temat, która każe mi sądzić, że najczęstszym powodem tego jest zwykła, ludzka zazdrość. Niejednokrotnie słyszałem opinie, że takie zwycięstwo to żadna frajda, bo jakże daleka od prawdziwej wygranej. Co ciekawe orędownicy tych teorii najczęściej sami nigdy nic nie wygrali i zazwyczaj ,,zabezpieczali’’ tyły każdego biegu. Może więc frustracja połączona z żalem były tego powodem?

Tak czy inaczej trudno jest zrozumieć ów sposób myślenia w dyscyplinie, która sama w sobie jest sporym wyzwaniem, a poziom sportowy zależy w dużej mierze od punktu widzenia. Pod koniec sierpnia 2013 roku podczas I Maratonu Winnic sam doświadczyłem jak to jest zająć miejsce na podium w klasyfikacji generalnej (byłem drugi) i pomimo tego w żaden sposób nie deprecjonowałem osiągnięć kolegów i koleżanek, którzy byli dekorowani po mnie w różnych kategoriach wiekowych. Podobnie sytuacja ma się z osiąganymi na zawodach wynikami. Dla kogoś kto półmaraton biega w 2h, moje 1:18 będzie znakomitym wynikiem, a dla zawodnika z życiówką 1:05 – zwykłym człapaniem. Dla biegacza, który w maratonie ledwo zmieścił się w limicie 6h, wynik 4h może brzmieć jak marzenie. A z kolei Wilson Kipsang mógłby spokojnie wyśmiać czołówkę w naszych krajowych maratonach, ale zapewne nie zrobiłby tego, bo szacunek dla wolniejszych zawodników to podstawa budowania pozytywnego i szlachetnego sportowego wizerunku.

 

Motywacja

To chyba największy atut kategorii wiekowych. Pamiętam zawodnika, który biegał maraton w czasie około 3:45. Jego piętą achillesową był niestety bardzo słaby charakter, który skutkował całkowitym brakiem motywacji. Od kilku lat jego wynik utrzymywał się praktycznie na tym samym poziomie. Biegał tylko w dużych, wielotysięcznych maratonach w Warszawie, Poznaniu czy Berlinie zajmując zawsze dość odległe miejsca. Kiedyś za namową swego kolegi pojechał do jakiegoś niemieckiego miasteczka, w którym organizowano dość kameralny maraton z niecałymi 200 uczestnikami. Jakież było jego zdziwienie gdy na mecie okazało się, że jego tradycyjne 3:45 dało mu 3 miejsce w najmłodszej kategorii, do tego ładny, błyszczący puchar i możliwość stanięcia na podium, o którym wcześniej nawet nie marzył. Ten bodziec spowodował, że za rok powrócił na tę samą trasę i wygrał swoją kategorię, tym razem z wynikiem poniżej 3:30, który był zarazem jego nowym rekordem życiowym. Nie wiem jak dalej potoczyła się jego historia, ale ona pokazuje jak bardzo motywujący i budujący samoocenę może być nawet taki prozaiczny sukces. Komu więc przeszkadzają kategorie wiekowe, najpierw powinien się zastanowić czy coś, co jest niejako naturalnym, zdrowym i na szczęście nie zakazanym środkiem dopingującym może nie mieć sensu?

2 KOMENTARZE

Comments are closed.