Maraton, prostytutki i zgniłe jabłko

czyli o tym jak wyśniłem sobie szczęście...

Biegłem kiedyś łąką tuż po wschodzie Słońca. Poranne promienie jeszcze nie dawały uczucia ciepła – było chłodno, rześko i w sumie tak jak być powinno – warunki do biegania znakomite. Przemierzałem tą łąkę dość żwawym biegiem, po lewej i prawej stronie las, a przede mną daleko na horyzoncie miasto. Otulone jeszcze poranną mgłą, senne, z mnóstwem strzelistych wieżyczek. Biegłem sam i zastanawiałem się jak długo zajmie mi dotarcie do niego. Czas dziwnie wolno płynął, a ja za każdym razem gdy chciałem przyspieszyć, czułem dziwny opór w nogach, który jakby blokował moje ruchy. Ta niemoc była niezwykle frustrująca, ale nie przestawałem biec. Biegłem dalej, spokojnie i bez kolejnych prób przyspieszenia. Po drodze raz po raz mijałem dziwne samochody – nie mam pojęcia jak się tam dostały, bo nigdzie nie było widać dojazdowych dróg. Jedno jest pewne – to były auta takie jakie można spotkać do dziś na ulicach Hawany. Patrzyłem na nie, ale nie dziwił mnie ich widok, wręcz przeciwnie – działał na mnie kojąco i pewnie w jakimś stopniu urozmaicał trasę do miasta.

Wreszcie dotarłem. Miasto zdawało się być całkowicie opustoszałe. Biegłem przez nie jakiś czas, nie napotkawszy po drodze ani jednej osoby. Co ciekawe – gdziekolwiek nie pobiegłem, zawsze droga wiodła w dół i biegłem jakby pod prąd jednokierunkowych ulic. To powodowało, że mógłbym teoretycznie pobiec szybciej. Mógłbym, ale nie byłem w stanie, bo znowu czułem ten przedziwny opór w nogach, który odczuwałem wcześniej na łące. Biegłem więc w swoim tempie, szukając choćby jednego znaku życia. Bezskutecznie. Trudno mi określić ile pokonałem kilometrów, tak samo jak trudno mi określić dlaczego nagle znalazłem się za miastem.

Zatrzymałem się i popatrzyłem na nie. Wyglądało jak stare średniowieczne miasteczko, otoczone murami z kilkoma bramami wychodzącymi na różne strony świata. Zupełnie jakbym przeniósł się w czasie kilkaset lat wstecz. Nagle moją uwagę zwróciły postacie poruszające się murach miejskich. Podbiegłem do nich z radością, ponieważ nie wiedziałem, że w tym mieście spotkam jakieś żywe istoty. Wdrapałem się na mur i zacząłem przecierać oczy ze zdumienia – po starym, zmurszałym, ceglanym murze przechadzały się dziesiątki jeśli nie setki… prostytutek. Na początku nie miałem pewności czy to właśnie panie wykonujące tę profesję, ponieważ wnioski wyciągnąłem tylko na podstawie ich skąpych i jaskrawych ubrań. Krótka rozmowa z jedną z nich rozwiała moje wątpliwości. Okazało się, że chodzą tu już od bardzo długiego czasu i nie mają żadnych klientów. Zaskoczone faktem, że nie chciałem „dotrzymać towarzystwa” żadnej z nich, stwierdziły, że skoro jestem biegaczem powinienem udać się na plac targowy. Wskazały mi drogę i pobiegłem.