Ten plac targowy wyglądał już jak typowy Stary Rynek w zabytkowym mieście. Jakiś ratusz na środku, mała fontanna, kamieniczki i mnóstwo kupców zachwalających swoje towary. Nagle moją uwagę zwróciła brama z napisem START – okazało się, że mieście odbywa się właśnie maraton. Zapisałem się więc bez problemów i zachęcony (nielogicznym) faktem, że cała trasa jest w dół (pomimo, że były to pętle) – pobiegłem. Pierwsze kilometry mijały mi wspaniale – prowadziłem bieg z perspektywą wyniku w granicach 3:45. Z okrążenia na okrążenie przyspieszałem i szło mi coraz lepiej. Na 35km byłem już niemal pewny zwycięstwa gdy nagle minął mnie stary dziadek, który szyderczo się uśmiechając powiedział ,,wiedziałem, że jesteś leszczem”… Co ciekawe tego dziadka spotykałem już wielokrotnie podczas swoich maratonów i zawsze na końcowych kilometrach mnie wyprzedzał. No nic, cieszyłem się więc z perspektywy złamania, po raz pierwszy w życiu 4 godzin w maratonie. Gdy kończyłem ostatnie okrążenie i wbiegałem już na metę okazało się, że jest tam już większość zawodników. Jak to możliwe? – nie mogłem się nadziwić. Zapytałem jednego z organizatorów i okazało się, że ostatnie okrążenie było o połowę krótsze. Chcąc więc aby mi ten maraton zaliczono musiałem się cofnąć do miejsca, gdzie mi się pomyliło i pobiec jeszcze raz skróconą trasą. Tak też zrobiłem, ale opór w nogach nie pozwalał przyspieszyć. Cyferki na moim zegarku coraz bardziej zbliżały się do 4:00:00 i na 41 km wszystko było już jasne. Przybiegłem w czasie powyżej 4 godzin – wkurzony, sfrustrowany i o dziwo – nie zmęczony. Okazało się jednak, że jestem ostatni za co otrzymałem od organizatorów przedziwne trofeum – zgniłe jabłko, które tradycyjnie co roku dawano ostatniemu zawodnikowi.

Ze zwieszoną głową, jak pies zacząłem szukać wyjścia z tego przeklętego miasta, które mnie tak upokorzyło. Błądziłem załamany, gdy nagle spotkałem dziewczynę. Nie pamiętam jak wyglądała, ale ciepłym głosem zachęciła mnie do tego abyśmy pobiegli nad jakieś jeziora, bo tam jest o wiele ładniej. Bez wahania zgodziłem się, a ona wciąż mnie pocieszała mówiąc, że wkrótce będzie lepiej. Zaczęliśmy biec, trzymając się za ręce tą samą łąką co na początku, ale już bez starych, kubańskich samochodów…

Wtedy właśnie się obudziłem. Nie chciałem tego snu analizować, nie chciałem go interpretować, ale… 2 miesiące później poznałem swoją przyszłą żonę, też biegaczkę. Pół roku później wzięliśmy ślub na Mazurach (skąd pochodzi żona), a w kolejnym roku – po raz pierwszy w życiu pobiegłem maraton poniżej 4 godzin podczas Cracovia Maraton. Przypadek? Być może, ale ta sytuacja dała mi wiele do myślenia i przekonała do tego, że czasami z pozoru głupi sen może być zapowiedzią dużych zmian. Teraz myślę o złamaniu 3:30, a życie toczy się dalej i choć nie ma w nim kubańskich samochodów ani prostytutek – jestem szczęśliwy i już nie staram się sobie przypomnieć twarzy dziewczyny, z którą biegłem nad jeziora – teraz widzę jej twarz codziennie gdy się budzę i gdy zabieram ją na wspólny trening.

 

/Tekst nadesłał szczęśliwy czytelnik Biegologia.pl, który pragnie pozostać anonimowy/

Komentarze Facebook