Misja: półmaraton. Wicenaczelny „PS” nie samą piłką żyje!

źródło - przegladsportowy.pl

Dla kogoś, kto biega raczej sporadycznie i pokonuje odległości nie większe niż 7 km, półmaraton jest dużym wyzwaniem. Jednak 4 miesiące to sporo czasu i powinny wystarczyć – mówi o swych biegowych planach wicenaczelny „Przeglądu Sportowego” Przemysław Rudzki.

Cel to start w BMW Półmaratonie Praskim, 28 sierpnia. Najtrudniejszy przeciwnik to oczywiście lenistwo.

Do biegania przekonywałem samego siebie dość długo. Po kilku pierwszych próbach parę lat temu, na długo porzuciłem ten pomysł. Jakoś nie miałem ochoty poznawać mięśni, których wcześniej nie znałem. Zakwasy, ból, były tak trudne do zniesienia, że zamiast zastosować metodę przełamania, porzucałem całą ideę biegania.

- REKLAMA -

Przełom nastąpił dwa lata temu. Przez kilka miesięcy w roku udało mi się regularnie biegać, zazwyczaj podobną trasą, a mięśnie z czasem przestały boleć. Kiedy już poczułem coś w kolanie, krzyżu, czy Achillesach, czułem się dobrze, ponieważ wiedziałem, że lepszy jest ból wynikający z konkretnego wysiłku, niż ten będący wynikiem zastanych mięśni, zmęczonych ciągłym siedzeniem za biurkiem.

fot1

Konstrukcja mojego ciała pozwala mi na dość swobodne bieganie na dalekich dystansach, choć od wczesnej młodości nie byłem na nich królem. Zawsze lepiej szło mi w sprincie. Wolałem ten konkretny wysiłek, kiedy przyspieszasz na maksa i sprawdzasz, ile jesteś w stanie wyciągnąć z organizmu tu i teraz. Traumę długodystansowca wywołały u mnie zawody szkolne w trzeciej klasie liceum, podczas których rozpaczliwie walczyłem o to, by nie zająć ostatniego miejsca. Udało się – na dziesięciu uczestników byłem dziewiąty, a osiągnięty wówczas czas biegu na 1000 metrów do dzisiaj jet moim rekordem życiowym (3:15).

Morderczy pojedynek, jaki stoczyłem z sobą samym odebrał mi chęć do dalszego biegania. Jako młody chłopak grałem w piłkę, a obozy przygotowawcze, które mieliśmy w juniorach, polegały w dużej mierze na bieganiu długo i daleko. Miało nam to zapewnić lekkość na boisku, kiedy nadejdą rozgrywki ligowe. Po takim obozie człowiek był wykończony, ale potem faktycznie przebiegnięcie kilku kilometrów podczas meczu czy pokonanie pięćdziesięciu kilometrów na wycieczce rowerowej w górach nie stanowiło problemu.

fot2

Piszę o tym wszystkim, by uświadomić wam, że nie jestem hardcorowym biegaczem. Podziwiam mojego kolegę z Ncplus Marcina Rosłonia, który startował w biegach Rzeźnika, czy jakiejś zabawie dla szaleńców, bo tak trzeba nazwać bieg wokół masywu Mont Blanc, liczący sto kilometrów. Dla mnie maraton to sprawa abstrakcyjna, więc nie potrafię sobie nawet wyobrazić takiego wysiłku.

Ale polubiłem bieganie, sprawia mi ono satysfakcję, pewnie jak wam wszystkim – szczególnie już po, gdy człowiek czuje, że żyje. Dlatego zimą postanowiłem przygotować się do wiosennego sezonu i od listopada do marca regularnie pokonywałem kilkukilometrowe odległości na siłowni, korzystając z bieżni i wyczekując ciepła na zewnątrz. Kiedy biegam regularnie, nawet słabszy kondycyjnie dzień jestem w stanie przeboleć, ale wystarczy, że zrobię sobie przerwę powyżej tygodnia i tracę brutalnie moc.

fot3

Tak było w kwietniu. Natłok obowiązków i ograniczenie automobilizacji zepchnęły mnie na boczny tor i w niedzielę, w dniu idealnym dla biegaczy, kiedy Warszawa jest dość pusta, a w powietrzu nie unoszą się spaliny z korków, ruszyłem, by odzyskać formę.

To był dobry dzień na rozpoczęcie przygotowań do półmaratonu, ponieważ właśnie w niedzielę, na trasie, którą zazwyczaj pokonuję, spotkać mogłem biegnących w przeciwną stronę maratończyków. Z jednej strony to motywujące do działania, z drugiej – gdy widzisz gości pędzących pod górę z prędkością dwa razy większą niż sam zbiegasz w dół, możesz nabawić się kompleksów.

Mam wielu znajomych, którzy biegają maratony i wiem doskonale, że ci ludzie nie wstali rano, nie przeciągnęli się i powiedzieli: okej, dzisiaj biegnę w maratonie. Ich przygotowania były żmudne, pełne wyrzeczeń, ale celem dobry czas i satysfakcja. Pewnie nie pobiegnę tak szybko, jak większość z nich, być może nigdy nie przebiegnę maratonu, ale wyzwanie w postaci dystansu dwukrotnie krótszego jest w moim zasięgu.

fot4

Kiedy wracam do biegania, nawet po krótkiej przerwie, staram się nie zabić organizmu mocnym tempem, dlatego zazwyczaj tych kilka kilometrów przebiegam, słuchając własnego wnętrza i zwalniając, kiedy naprawdę czuję zmęczenie. Będąc odpowiednio rozbieganym, mam w sobie na tyle mocy, by przebiec 5 kilometrów w czasie ok. 24 minut. Postanowiłem więc, że realny czas, w jakim pokonam półmaraton to 1:40 – 1:45 minut. Szczerze mówiąc – byłbym z takiego wyniku bardzo zadowolony.

Należę do tego grona biegaczy, którzy starają się wykorzystywać do biegania nowe technologie. Nie jestem gadżeciarzem, ale pomiar czasu, trasa, jaką pokazuje mi telefon w odpowiedniej aplikacji czy pomiar pulsu, to dla mnie dodatkowe wabiki, mogące zachęcić mnie do zmierzenia się z samym sobą.

Od niedawna korzystam z telefonu Samsung GalaxyS7 i zegarka Gear S2 i muszę przyznać, że aparat ma dwie duże zalety. Pierwsza jest taka, że przestałem myśleć o tym, co się stanie, kiedy przypadkiem aparat upadnie mi podczas biegania. Bo nie stanie się nic. Telefon, którym możesz rzucić o ziemię to naprawdę spory komfort :) Druga zaleta to bez wątpienia odporność na wilgoć, o czym przekonałem się bardzo szybko. Biegając w londyńskim Hyde Parku musiałem zderzyć się z typową angielską pogodą i nie musiałem się martwić o to, że telefon zamoknie i przestanie działać. Zaznaczę, że nie używam specjalnej opaski na ramię, w której umiejscowione jest urządzenie mobilne, po prostu nie lubię tego, gdy cokolwiek ogranicza mnie w trakcie biegu.

Film wykonany telefonem Samsung Galaxy S7 Edge

Zatem – telefon w dłoń i bieg. Najpierw dość szybko, powoli przechodząc w marsz, ale krótki, tak by złapać oddech. I znów szybsze tempo, a potem ponownie marsz. Siedem kilometrów nie sprawiło mi tak wielkich kłopotów, jakich spodziewałem się po odstawieniu biegów na trzy tygodnie. To był dobry znak przed kolejnymi próbami.

Służbowy wylot do Anglii chciałem połączyć z kolejnym treningiem, szczególnie, że Hyde Park był w zasięgu ręki, ale po mocnym zmęczeniu poprzednim treningiem byłem w stanie przeprowadzić tylko delikatny rozruch. Pogoda nie sprzyjała biegaczom – wiał mocny wiatr, padało, choć rekompensują to widoki zieleni parkowej, to mocno przemarzłem. Nogi odczuwały trudy powrotu do wysiłku, paliwa wystarczyło na trochę truchtu i kilka szybszych przebieżek. Najważniejsze jednak, że wróciła ochota na bieganie.

Zdjęcia zrobione telefonem Samsung Galaxy S7 Edge