Rykowisko Ultra Trail 70km

Zaczęłam trenować bieganie mając 12 lat – wtedy w moim rodzinnym Elblągu pokonałam swoje pierwsze kilometry – sztuk niecałe 2. Od tego czasu minęło 20 lat, a ja właśnie w ostatni weekend ukończyłam swój pierwszy w życiu ultramaraton. Droga do tego była długa, ale nie dlatego, że nie czułam się przygotowana wydolnościowo, po prostu uważałam że kocham biegać ale nie potrzebuję się aż tak męczyć. Czy po ostatnim weekendzie zmieniłam swoje zdanie? Zobaczcie jak przeżyłam mój ultra debiut!

Po co mi to ultra?

Za czasów juniorki biegałam długie dystanse. „Długie” w rozumieniu tamtejszych czasów były to dystanse 3 i 5km. Uwielbiałam ten moment kiedy człowiek był już tak mocno wymęczony biegiem, ale próbował z siebie wykrzesać jeszcze ostatnie siły na końcówkę. Uzależniłam się od rywalizacji i  momentów kiedy udało się stanąć na podium. A zdarzało się to dość często. Gdy stanęłam jako juniorka na najwyższym stopniu podium Mistrzostw Polski w przełajach i zostałam powołana do kadry narodowej na Mistrzostwa Świata – czułam się królową życia i nie wyobrażałam sobie że może się zdarzyć z moim życiu coś z czego będę kiedykolwiek aż tak zadowolona. Gdy po kilkunastu latach od tego wydarzenia rozmawiałam o tym z mężem podśmiechiwał się ze mnie mówiąc, że poczeka aż wygram kiedyś jakieś ultra bo to dopiero są emocje i powód do samozadowolenia. I można powiedzieć sobie, że właśnie po tej rozmowie, włączyła mi się kobieca przekora i chciałam mu zrobić na złość, mówiąc że po co mi w ogóle takie ultra. Bieg jak bieg, nic szczególnego. Choć było ku temu kilka sposobności cały czas odkładałam na później decyzję o starcie w ultramaratonie. Teraz już wiem, że chyba podświadomie wiedziałam, że może być to coś niesamowitego, a koniecznie chciałam zachować w sercu te piękne juniorskie wspomnienia.

Kiedy zaczęłam trenować pod ultra?

14 lutego – dnia kiedy wszyscy normalni mężczyźni obdarowują swoje ukochane kwiatami lub czekoladkami, mój ukochany mąż oświadczył, że ma dla mnie super prezent bo zapisał nas na Rykowisko Ultra Trail na dystans 70km. Jako, że do startu było jeszcze ponad 3 miesiące, a my nie mieliśmy sprecyzowanych planów startowych postanowiliśmy zewrzeć szyki i wspólnie potrenować. Zaplanowaliśmy 6 długich ponad 35km wybiegań i kilka takich 25-30km. Oczywiście w toku życia plany się krzyżowały, wybiegania się skracały, a my na 5 tygodni przed startem zrobiliśmy pierwszą (i jedyną) 40km próbę biegowej siły.

Może to nie brzmi rozsądnie, ale tak naprawdę moje treningi bardzo się nie zmieniły i jakbym miała teraz odpowiedzieć to praktycznie nie trenowałam specjalnie pod ultra. Liczyłam na moją wrodzoną zaciętość i chyba szczyptę biegowego talentu. Objętość treningowa została u mnie na poziomie ok. 80-90km tygodniowo i tylko 2 razy pobiegałam coś ponad 25km plus raz tą wspomnianą 40-tkę.

Nie jestem więc dobrym przykładem na to jak trenować – dlatego najlepiej jeśli chcecie być mądrzejsi o tą wiedzę – odsyłam Was do świetnego tekstu Macieja Żukiewicza – o tutaj.

Jaki był plan na bieg?

Biegowy lekkoduch, taką chyba powinnam mieć branżową ksywkę. Przed biegiem nie znałam profilu trasy i zaplanowałam pobiec sobie tą trasę w trochę powyżej 7 godzin. Jakież było moje zdziwienie jak przyjechałam na miejsce i zobaczyłam jedną z góreczek, a potem wysłuchałam jeszcze opowieści o trasie Rykowiska. Trasa z wieloma góreczkami, często dość stromymi, piaszczysta i momentami dość dzika. No nic, trzeba było szybko zmodyfikować i tak bardzo spontaniczny plan biegu i przespać się z myślą, że nie będzie wcale tak miło i przyjemnie jak było w marzeniach. Rano więc wstaliśmy z Tomkiem i zaczęliśmy planować – ustaliliśmy tempo około 6min/km podczas biegu i oczywiście marsz pod górki. Założenie było takie aby maszerować tylko pod górę, a tak to całą trasę pokonać biegiem.

No to start!

Wystartowaliśmy o godzinie 8 i wiedzieliśmy, że przez 4 godzinki będzie jeszcze ok, ale prognoza zapowiadała upał i mieliśmy świadomość, że kolejne godziny biegu mogą być koszmarne. Było dokładnie tak jak przewidywaliśmy – upał był niemiłosierny i na drugiej połowie dystansu znacznie przeszkadzał. Biegliśmy zgodnie z założeniem, choć trasa okazała się znacznie trudniejsza niż sobie wyobraziliśmy – wysokie, piaszczyste wydmy w kilku miejscach, a w innym miejscu wąziutka ścieżka nad rzeką z dużą ilością przewalonych drzew. Było tam przepięknie i aż czasem chciałoby się zatrzymać i trochę popodziwiać, no ale… o tym zatrzymywaniu za chwilkę.

Nie chcę opowiadać Wam dokładnie jak przebiegał bieg z każdym kilometrem i jakie wiązały się z nim emocje, bo wystarczy na to jedno słowo „bolało”.

W wielkim skrócie mój bieg wyglądał tak:

  • Tempo 6min/km utrzymywało się prawie cały czas, tylko pod koniec określenie „górka” zyskało na znaczeniu i zdarzało się, że maszerowaliśmy pod taką górkę, na którą wcześniej spokojnie wbiegaliśmy,
  • co 60 minut brałam żel Honey Stinger,
  • co około 30 minut pastylka dextro,
  • na każdym punkcie odżywczym 2 kubki picia – do 25km piłam izo, potem już izo i colę
  • po 50km już mnie wszystko bolało,
  • po 65km zaczęłam być już bardzo marudna i trochę złorzeczyłam Tomkowi, że mnie w to wpakował,
  • najgorszą rzeczą okazało się zacząć biec znów po marszu pod górkę – tego spięcia nóg nie da się zapomnieć na długo,
  • na punktach odżywczych spędzaliśmy mało czasu – wypijaliśmy tylko kubki z napojami, uzupełnialiśmy szybko bukłaki i w drogę. Ani razu nie usiedliśmy bo wiedziałam, że samo zatrzymywanie wybije mnie z rytmu, a jakbym usiadła choć na chwilę to już bym się chyba na podniosła.
  • Bardzo motywował mnie fakt, że od około 20km wyszłam na prowadzenie wśród kobiet – to mnie mobilizowało do tego aby trzymać w miarę równe tempo, a czas na punktach odżywczych skracać do minimum.

Coraz bliżej meta…

Przeżyłam w swoim życiu wiele radosnych startów, takich w których przekraczając metę czułam się ogromnie zadowolona, ale to jak czułam się przez ostatni kilometr na moim pierwszym ultra chyba ciężko aby oddały jakiekolwiek słowa. Ostatnie 3-4km byłam już bardzo mocno zmęczona, bolały mnie całe stawy, przez stopy, kolana aż po biodra. Od 60 km trochę już kulałam, bo coś mi się zablokowało w boku kolana i nie do końca mogłam zginać nogę. Zaczęłam zachowywać się jak Osioł ze Shreka z ciągłym pytaniem czy „daleko jeszcze” do mety.  

Biegłam więc dość niezdarnie, ale przecież nie mogłam się poddać na samej końcówce będąc już tak blisko i jednocześnie walcząc o debiut okraszony zwycięstwem. Gdy przekroczyliśmy ostatnią tabliczkę z oznakowanym kilometrem pod powiekami zebrały mi się łzy i musiałam mocno się powstrzymywać, żeby nie wybuchnąć płaczem na mecie. Płaczem szczęścia oczywiście – bo przecież zaraz wpadnę na metę kończąc i wygrywając tym samym swój pierwszy ultramaraton. Rewelacyjny doping na ostatniej prostej to pamiętam doskonale.

Gdy przypomnę sobie teraz tą chwilę – wiem że czułam głównie taką ogromną radość, że już nie muszę biec, że nic mnie nie będzie już bolało. Emocje i satysfakcja z wygranej przyszły jako drugie. Byłam niesamowicie zadowolona z siebie, ale też z Tomka który przecież też właśnie zadebiutował w ultra, a wiem jak ciężko biega mu się z upale.

Największa ilość emocji przyszła oczywiście na podium. Piękne trofeum z Rykowiska będzie moją  od teraz ulubioną nagrodą. A wspomnienia z tego dnia pozostaną ze mną na zawsze. Ludzie, którzy organizują ten bieg włożyli wiele serca w to abyśmy my biegacze czuli się docenieni i udało im się to znakomicie. 

Czy zakochałam się w ultra?

Przecież nie każda miłość jest łatwa i przyjemna, bywają też takie które przynoszą nam wiele „górek”, ale wtedy smakują też jakoś ciekawiej. Takim uczuciem można chyba darzyć biegi ultra i to jest właśnie ich fenomen. Nie tylko zyskujesz poczucie ogromnego samozadowolenia z siebie, ale też czujesz się trochę lepszą wersją siebie. Pokonałeś z końcu tyle kilometrów, przekroczyłeś swoja granicę komfortu, ba… przekroczyłeś nawet granicę bólu ale dokonałeś ostatecznie czegoś wyjątkowego.

Moim głównym przemyśleniem ostatnie tygodnie przed ultra było to: co ja będę czuć? Czytałam wiele publikacji o ludziach, którzy debiutowali w ultra, ich relacje były często podobne – trud, ból, zwątpienie. Wiedziałam, że będę odczuwać to samo, ale że zawsze miałam w sobie pierwiastek tego aby coś sprawdzić na własnej skórze – a najbardziej ciekawiły mnie reakcje ciała w trakcie takiego wysiłku. Jak będzie się zachowywał organizm po 50 czy 60 km? Jak silny będzie to ból i dyskomfort? Może to trochę masochistyczna zachcianka, ale który biegacz nie jest choć trochę masochistą.

Ten bieg pokazał mi również, jak wolno potrafią upływać kilometry na biegu. Już podczas maratonu ostatnie kilometry się dłużą, ale to jak dłużyły się po 65km jest po prostu nie do opisania…

Teraz już wiem co czuje człowiek po 70 km i uważam, że tylko na własnej skórze można się przekonać jak to jest. Powoli, ale na razie bardzo powoli kiełkuje we mnie pragnienie poznania tego co będzie po 90, czy 100km. Może być ciekawie… ale czy to z powodu tego, że zakochałam się z ultra? Raczej nie. Jest to może rodzaj fascynacji w odkrywaniu czegoś niewiadomego, ale myślę że to jeszcze nie miłość. I może nigdy nią nie będzie, choć wiem na pewno, że spróbuję tego jeszcze nie raz głównie po to aby zobaczyć jak daleko można przesunąć granicę swojego zmęczenia fizycznego.

Jedno jest dla mnie pewne, gdy chce się biegać ultra trzeba się do tego przygotować. Ja wiem, że tego nie zrobiłam wystarczająco dobrze i potem sporo cierpiałam. Powiecie pewnie, że no tak, nie przygotowała się ale i tak wygrała. Oczywiście jest to prawda, ale pozostaje jeszcze zadowolenie z siebie i to żeby potrafić krytycznie podejść do swoich wyników, ale nie tylko osiąść na laurach. Ja mimo tego, że cieszę się z mojego osiągnięcia, to czuję niedosyt wiedząc, że gdybym więcej potrenowała nie było tyle bólu. To mnie motywuje do dalszej pracy w temacie „wydłużania się”. Chcę jeszcze pobiegać ultra, chcę poczuć znów ten biegowy masochizm, ale chcę to zrobić bardziej z głową niż za pierwszym razem. Kto wie gdzie mnie teraz zagnają nogi, jedno wiem – na trasę Rykowiska wrócę jeszcze kiedyś na pewno bo organizacyjnie są wysoką ligą, a i widoki rekompensują wysiłek. Może za rok zmotywuję się na 105km? Myślę, że już wiem jaki prezent chciałabym na urodziny… Niech stanie się to tradycją! A co mi tam! :)

Komentarze Facebook

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here