Moja historia – maraton od 3:57 do 2:57

Ten tytuł jest dość banalny, prawda? Jest, owszem, ale dla mnie skrywa on 13 letnią historię. Historię porażek i sukcesów, wzlotów i upadków, przeszkód, które pokonałem i które pokonały mnie. Te liczby to spory kawałek mojego życia, które jednych zainspirują, innych zanudzą na śmierć.

Lubię pisać na różne tematy związane z bieganiem. Z doświadczenia jednak wiem, że najtrudniej jest pisać o sobie, zwłaszcza gdy historia, którą pisze własne życie nia dla każdego musi być pasjonująca. Myślę jednak, że jako prowadzący ten portal, warto nieco się otworzyć i pokazać innym swoją biegową historię. Od razu ostrzegam – nie będzie to historia typu american dream, gdzie mały chłopiec z pucybuta staje się gwiazdą sportu. Byłem amatorem, jestem amatorem i zawsze nim będę, ale chcę wciąż być lepszy, wierzyć w siebie i motywować innych. 

Być może to zabrzmi banalnie, ale nigdy nie odnajdywałem się w sporcie. Grałem z chłopakami w piłkę na podwórku, w kosza, jeździłem na rowerze, ale to nie było nic wyjątkowego – na początku lat 90 była to norma. W szkole podstawowej byłem wręcz uznawany za ofermę jeśli chodzi o gry zespołowe – gdy były wybierane osoby do drużyny, ja zazwyczaj byłem wybierany jako jeden z ostatnich. Kiepsko skakałem przez kozła, a w testach na sprawność czy refleks wypadałem fatalnie. Skutkowało to oczywiście słabymi ocenami i brakiem prestiżu w środowisku rówieśników. Głównym powodem takiego stanu rzeczy była moja astma, która w pewnym sensie zaczęła całą tą historię, ale trochę później.

- REKLAMA -

Skończyła się podstawówka i zaczęła szkoła średnia. Bez wiary w swoje możliwości sportowe dostałem się do szkoły, której priorytetem była koszykówka oraz piłka siatkowa. Przez pierwszy rok – powtórka z rozrywki. Konieczność grania w gry zespołowe, którymi już wtedy rzygałem. Co prawda okres dojrzewania dał mi więcej siły, ale wszystkich innych elementów nadal mi brakowało, a szarpany ruch podczas meczy bardzo mnie męczył – astma cały czas mi dokuczała.

 

Spontaniczny bieg przez siebie

W 2 lub 3 klasie liceum pojechaliśmy na wycieczkę klasową do Zakopanego. Gdy szliśmy z klasą do Morskiego Oka, nagle ni stąd ni zowąd – zacząłem biec. Tak po prostu, bez przyczyny. Być może chciałem się popisać, zabłyszczeć przed koleżankami, a może po prostu – przebiec się. Trochę się bałem, że za chwilę zrobię z siebie pośmiewisko i będę się musiał zatrzymać zziajany, zwłaszcza, że było pod górkę. Ku mojemu zdziwieniu tak się jednak nie stało, a ja biegłem i biegłem aż dobiegłem do samego schroniska przy Morskim Oku. Czułem lekko zatkane płuca, pewnie z uwagi na sporą wysokość i wciąż dokuczającą mi astmę. Czułem jednak coś dziwnego – niewyobrażalne szczęście i powoli spływające ze mnie zmęczenie, które z każdą minutą dawało ulgę. Było to coś czego nigdy wcześniej nie czułem.

Po powrocie z wycieczki postanowiłem spróbować trochę biegać żeby zobaczyć jak się w tym odnajdę. To nie był jeszcze wtedy trening, a raczej spontaniczne wyjścia od czasu do czasu. Bez konkretnego planu ani nawet celu, zacząłem biegać dokładnie tak jak biegać się nie powinno – jak najszybciej, byle pobić kolejny rekord na „treningu”.

Pierwsze zawody i pierwsze podium

Po kilku miesiącach takiego bezcelowego biegania otworzyła się przede mną możliwość startu w Mistrzostwach Wielkopolski Szkół Średnich w Sztafecie 4x400m. Bez żadnego przygotowania do biegów sprinterskich, wziąłem w nich udział zdobywając ze swoją drużyną brązowy medal. Pomimo tego, że uzyskałem najlepszy czas (53:19) nikt nie zwrócił na to uwagi.

Były to moje pierwsze oficjalne zawody, w dodatku zakończone na podium. Wymarzony początek – chciałoby się rzec. Niestety nie dla mnie. Może gdybym urodził się w USA lub w jakimś kraju Zachodu, ktoś zainteresowałby się mną i pokierował w dalszych treningach. Niestety nie otrzymałem żadnej pomocy.

Mijały miesiące, a ja wciąż biegałem bez żadnego planu, trenera i wsparcia. Nie poddawałem się jednak i pomimo problemów z astmą – wciąż piąłem się w górę jeśli chodzi o wyniki. Przed każdym treningiem brałem leki i biegałem ile mi sił starczało. W taki sposób doszedłem do kolejnego przełomowego wyniku w wieku 17 lat – na jednym z mityngów LA uzyskałem 1:59 na 800m. Obserwujący mój bieg trenerzy z AWFu mówili, że biegam bardzo dobrą techniką i mam predyspozycje do biegania średnich dystansów. Na tym się jednak skończyło, nikt mi nie pomógł, a z WFu miałem na koniec ocenę dostateczną, ponieważ… nie umiałem poprawnie wykonać dwutaktu. Swoim uporem i determinacją doszedłem do wyników 3:59 na  1500m oraz 9:04 3000m co w obu przypadkach dawało już II klasę sportową. Nauczyciel WFu wzruszał jednak ramionami na moje wyniki, mówiąc, że bieganie to nie jest sport, tylko zabawa i że jak chcę to mogę sobie biegać, ale po zajęciach. Na WFie miałem grać w kosza lub siatkę – tylko to się liczyło…

 

1 KOMENTARZ

Comments are closed.