Można? MOŻNA!!! Jak bieganie dało mi bogactwo

A wyszedłem tylko na spacer...

Cześć, jestem Tomek, były grubas. Może trochę ostro i z grubej rury, ale sam zapracowałem na „balast”, który nosiłem przez ponad 15lat i nie widzę powodu, aby nie nazywać rzeczy po imieniu. Mam wielki szacunek do osób, których problemy z nadwagą związane są z chorobami lub przez zażywane leki. Ale ja byłem zdrowy, jeżeli tak można powiedzieć i sam sobie zgotowałem ten los.

 

Moje problemy z wagą

- REKLAMA -

Nie zawsze jednak tak było – do lat 10, to byłem przykładem przysłowiowego „kościotrupa”- mogłem bez problemu liczyć swoje żebra, które „prześwitywały” przez skórę. To były czasy, że nie było komputerów, komórek, a jedyna „FIFA” to prawdziwa piłka i latanie po dworze od rana do wieczora. Problemy pojawiły się wraz z pierwszym odtwarzaczem video – po dwóch miesiącach wakacji, wychowawczyni nie mogła mnie poznać. Kolejne lata i problem się „rozrastał”. Jak dobrze pamiętam w technikum przekroczyłem 100kg. Dużo się obżerałem, a miałem mało ruchu. Chwilowy spadek wagi nastąpił w wojsku, ale tylko podczas „szkółki”, bo po trzech miesiącach znów zacząłem „rosnąć”. Po wojsku praca fizyczna na magazynie oraz spacery do i z pracy – tak trzy razy w tygodniu. A odległość z domu do roboty wynosiła 5km w jedną stronę. Ruchu miałem naprawdę dużo, ale fatalnie się odżywiałem – kebab, hot-dogi, gotowe potrawy z „marketu i do mikrofali”. No i musiało być tego dużo, bardzo dużo! Zawsze lubiłem ziemniaki, białe pieczywo, produkty mączne, kiełbasy smażone na patelni – i znów dużo, i jeszcze raz dużo. Nie jadałem śniadań, drugie w pracy – bardzo rzadko. Dopiero jak przyszedłem z pracy to zacząłem ucztę – potężny obiad, a godzinkę później, wcale nie mniejsza kolacja. Do tego cała masa słodyczy, napojów gazowanych i alkoholu wszelkiej maści. Cały czas miałem świadomość, że jest źle i coś muszę z tym zrobić i tak robiłem – mówiłem sobie „dzisiaj ostatnie piwko”, ostatni grill i „od jutra” się odchudzam. Tych „od jutra” były setki, a nawet tysiące.

 

Bo nie doczekasz „jutra”

Próbowałem raz nawet pobiegać, ale dystans skończyłem na 400-500 metrach i na przemian zawiązywałem i rozwiązywałem sznurowadła. Mało jest osób, którzy przy takiej wadze, poznałyby uroki „jesieni życia”. Nikt w życiu nie powiedział mi że jestem „grubasem”, weź się za siebie, czy jakieś podobne teksty, ale z pewnością w delikatny sposób miałem sugerowane, aby coś zrobić ze swoim życiem i z wagą, bo jedno z drugim łączyło się oczywiście. Nie bez znaczenia był fakt, że życie towarzyskie w ogóle nie istniało – siedzenie każdego dnia w domu i oglądanie TV, zamiast wyjścia w weekend czy to na dyskotekę, czy po prostu spotkania się z „ludźmi”. Cała sytuacja wpływała na brak wiary w siebie i swoje możliwości, co zdecydowanie utrudniało znalezienie swojej „drugiej” połówki. W najlepszym przypadku traktowany byłem jako przyjaciel „duży miś” o dobrym sercu, gotów każdemu nieść pomoc. Od życia jednak chce się trochę więcej np. znaleźć miłość. Punktem przełomowym w życiu był chrzest „mojej” Zuzanny – zostałem ojcem chrzestnym. Było to w sierpniu lub we wrześniu 2012. Bardzo lubię dzieci, a i dzieci fajnie się bawią w moim towarzystwie – przynajmniej wśród nich człowiek nie musi udawać, a one zawsze są szczere. Wieczorem z ust mamy Zuzi, mojej kuzynki Renaty, osoby bardzo wierzącej, co miało dla mnie bardzo istotny fakt – usłyszałem takie zdanie wymówione z niesamowitym ciepłem i troską o moje zdrowie: „Tomuś, jak ty się za siebie nie weźmiesz, to przed imprezą z okazji osiemnastych urodzin, Zuzia pójdzie położyć kwiaty na Twój grób, pamiętając o swoim chrzestnym”. Pisownia może nie słowo w słowo, ale przesłanie zrozumiałem dobitnie. Przestraszyłem się. Naprawdę pierwszy raz w życiu przestraszyłem się – nie tym że umrę, bo taka jest kolej rzeczy, ale tym że ktoś będzie po mnie płakał i że nie robiłem nic aby do tego nie dopuścić. I to moja chrześnica. Długo nad tym wszystkim myślałem, modliłem się i postanowiłem ruszyć „tyłek”.

 

1 KOMENTARZ

Comments are closed.