Nie biegam, bo się wstydzę. Zapomnij, że takie zdanie istnieje!

Jednym z największych problemów początkujących biegaczy jest nie tylko brak formy i motywacji, ale też wszechogarniający wstyd. Wyjść tak po prostu i biec, gdy wszyscy patrzą? Do tego ubrać lycrę, mimo iż jeszcze ciało nie takie? Gdzie wtedy skierować wzrok, jak uciec przed wścibskimi spojrzeniami przechodniów, którzy zewsząd mierzą nas od stóp do głów? I czy naprawdę biegacz ma dziś powody do wstydu?

 

Kluczowe lata 90

Spokojnie, w rzeczywistości wcale tak nie jest. Czasy się zmieniły na naszą korzyść i teraz widok biegacza podążającego chodnikiem nie wzbudza zdziwienia większego niż zwykły przechodzień czy przejeżdżający samochód. Jeszcze na początku lat 90 bieganie było postrzegane jak coś dziwnego i nienormalnego. Biegać mogli sportowcy na Igrzyskach Olimpijskich reprezentujący kraj, ale żeby biegać tak dla siebie, bez szans na wielkie sukcesy – bez sensu. Dochodziło do takich absurdów, że bieganie po parku było obiektem drwin przechodniów, ale lanie w gardło jabola przed pracą – już nie. Taki postkomunistyczny sposób myślenia trzymał się przez wiele lat i trzeba przyznać, że gdzieniegdzie nadal się utrzymuje, ale jest już na wymarciu.

Ludzi obciążonych piętnem komunistycznej percepcji zdrowia nie należy jednak winić. Oni dorastali w dziwnych czasach, w których z jednej strony dbało się o rozwój fizyczny młodych ludzi, ale wśród dorosłych pojęcie zdrowia miało zupełnie inny wymiar. Papierosy palone wszędzie i przy każdej okazji – nawet w środkach komunikacji miejskiej. Do tego wszechobecna ,,kultura” picia wódki oraz tradycyjna polska kuchnia oparta na schabowym z ziemniakami (polanymi tłuszczykiem).

W takiej rzeczywistości trudno było się przebić ze swoją biegową pasją. Oczywiście zawsze byli pasjonaci, którzy potrafili iść pod prąd. Jedni nie zapisywali się do partii, a inni też na przekór chorym stereotypom – biegali.

 

Nowe imprezy, nowi biegacze, nowa odwaga

Pod koniec lat 90 sytuacja zaczyna się powoli poprawiać za sprawą przybywających wciąż nowych imprez masowych. Organizatorzy nie musieli się już obawiać, że ich bieg będzie postrzegany jako nielegalne zbiegowisko czy manifestacja przeciwko władzy ludowej. Przybywało więc biegów na różnych dystansach w różnych częściach kraju, co powoli zaczęło uruchamiać machinę, która stopniowo pozbawiała ludzi wstydu. W 2000 roku startuje pierwsza edycja Poznań Maratonu, którą kończy 761 zawodników. 10 lat później liczba uczestników jest już ponad pięć razy wyższa! W 2001 roku na biegowej mapie Polski pojawia się Cracovia Maraton, a 3 lata później dołącza też Łódź. Kolejne imprezy biegowe zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu, pojawiły się biegi o nietypowej formule – w 2005 roku ruszyła pierwsza edycja 12h Sztafety w Kopalni Soli w Bochni, potem różne typy biegów przygodowych, górskich oraz ultra.

Skutek był prosty. Po roku 2000 miejskie chodniki, alejki parkowe, plaże, wiejskie dróżki, a nawet górskie szlaki powoli zaczęły się zapełniać biegaczami. Zaczęli się oni pojawiać nawet w tych miejscach, gdzie wcześniej nigdy ich nie widywano. Patrząc jednak z obecnej perspektywy – to nie była jeszcze prawdziwa fala. To było zaledwie kilka stopni w skali Beauforta, a na prawdziwe Tsunami trzeba było poczekać jeszcze dekadę.

Duży udział w utrwaleniu obrazu biegania, jako czegoś zupełnie naturalnego miały zwłaszcza największe polskie imprezy biegowe, które zaczęły zwracać na siebie uwagę tych, którzy do tej pory postrzegali bieganie tylko w kategorii sportu wyczynowego. Amatorzy zaczęli znakomicie odnajdywać się w nowych realiach, większość porzuciła dawny wstyd i zaczęła realizować swoje marzenia, które wcześniej tkwiły w uśpieniu.