Nigdy więcej nie przegram z Prosiaczkiem, czyli o znaczeniu psychiki w bieganiu

fot. Bernadeta Lipińska , forest.karolin.pl

O tym, jak ważne w bieganiu jest odpowiednie nastawienie psychiczne napisano już wiele. Podobnie o motywacji w trakcie zawodów i o tym, że zawsze trzeba walczyć do końca. Biegam od 13 lat, dużo o bieganiu czytam, myślę i rozmawiam ze znajomymi, interesuję się psychologią sportu. To wszystko pozwalało mi jako tako panować nad emocjami, odpowiednio się motywować i kontrolować sytuację podczas zawodów. Do czasu.

 

Gorycz porażki

To był szósty kilometr Maniackiej Dziesiątki w marcu tego roku. Od początku biegło mi się kiepsko, a lekki podbieg na piątym kilometrze jeszcze pogorszył sytuację. Sapałem i próbowałem zmotywować się do dalszej walki. Wtedy pojawił się on! Duży, różowy, lekko uśmiechnięty. Naprawdę dużo z siebie dając biegłem około 3:45/km, a prosiaczek minął mnie z taką łatwością, jakby właśnie wyszedł sobie potruchtać! Oczywiście nie poddałem się bez walki. Nie był to jednak długi pojedynek. Już w pierwszej rundzie, moja psychika, z którą tego dnia od początku nie było najlepiej, z hukiem poleciała na deski.

Podłamany i zrezygnowany przebiegłem trzy ostatnie kilometry dając się wyprzedzić jeszcze kilku innym biegaczom. Mimo bardzo dobrego przygotowania zamiast planowanego i realnego wyniku w granicach 37 minut ledwo złamałem 38.

 

Przyczyna

Zawsze dokładnie analizuję moje starty i zwykle znajduję przynajmniej kilka powodów takiego, a nie innego wyniku. Tym razem było inaczej. Przyczyna porażki leżała tylko i wyłącznie w mojej głowie. Jeszcze dzień przed zawodami wszystko było ok. Czułem się dobrze i wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany. W czasie wieczornej rozmowy z trenerem ustaliliśmy strategię. Teraz wystarczyło ją zrealizować. Było tylko jedno „ale”: pogoda. Do piątku była bardzo dobra, w sobotę miała się niestety pogorszyć.

Spałem niespokojnie. Śniła mi się burza. Nie, to nie był sen. Ocknąłem się, a deszcz ciągle bębnił o mój parapet. Deszcz to jednak jeszcze nie tragedia. Gorzej, że mocno wiało. Kiedy rano szedłem do samochodu wiatr poderwał z chodnika sporą gałąź i włączył alarm w samochodzie sąsiada. Grrrr! To na pewno nie były warunki na szybki bieg. Starałem się tym jednak nie przejmować. W końcu dla mnie ważna była pogoda za dwie godziny parę kilometrów dalej.

Dużej różnicy niestety nie było. W okolicy startu podmuchy wiatru sypały piaskiem w oczy i dosłownie wstrzymywały mnie w trakcie rozgrzewkowych przebieżek. Słabo. Wtedy w końcu dopuściłem do siebie tę myśl: „nici dzisiaj z dobrego wyniku”.

Startujemy. Pierwszy kilometr jest z górki. Biegnę w grupie, praktycznie nie czuję wiatru. Kolejne kilometry, między budynkami, też są zaskakująco bezwietrzne. Trzeba walczyć! Trzeba, ja jednak wewnętrznie nastawiłem się już nie na walkę o wynik, ale o przetrwanie. Tętno mam dobre, czuję się nieźle, ale nie jestem w stanie przyspieszyć. Sprawę pogarsza jeszcze oznaczenie kilometrów w postaci flag, a nie tradycyjnych tabliczek. Na początku nerwowo szukam tabliczek i przegapiam flagi. Nie mam międzyczasów, co tylko pogłębia uczucie braku kontroli nad biegiem. I jeszcze ten Prosiaczek!!! Ostatnie dwa kilometry nad jeziorem są z wiatrem. To idealna okazja do mocnego, długiego finiszu. Nie finiszuję. Do mety dobiegam zły, ale już pogodzony ze swoją porażką. Przegrałem przecież jeszcze przed wystrzałem startera.