Od niedowiarka do zwycięzcy biegu – czyli historia pewnego gościa, który mnie wkurzał!

Dziś odrobina motywacji dla tych wszystkich, którzy w siebie nie wierzą. Jakiś czas temu przedstawiałem Wam mojego kolegę i jednocześnie mojego zawodnika Łukasza Fabiańskiego – chłopaka, który choć biega całkiem nieźle – kompletnie w siebie nie wierzył. To właśnie on był na głównym zdjęciu tego artykułu

Jak mantrę powtarzał wciąż, że jest tylu lepszych, że jego wyniki nic nie znaczą i że nic w bieganiu nie osiągnie. Biegał i się załamywał nawet wtedy gdy szło mu całkiem dobrze. Startował byle gdzie i zawsze mówił o tym jaki jest jeszcze słaby. Szczerze? Swego czasu nie mogłem już tego słuchać. Dodam tylko, że nigdy nie pisałem tekstu o swoim kumplu, ale ta historia jest świetną inspiracją dla wszystkich, którzy uważają, że w świecie biegania nic nie znaczą (tekst ma 2 strony, ale warto przeczytać całość).

Mijały dni i miesiące, a postawa Łukasza coraz bardziej mnie demotywowała do dalszej pracy, w końcu ile można wmawiać drugiemu człowiekowi, że jest coś wart i że każdy biegacz realizuje swoje własne cele? Wszystko na nic… Łukasz biegał i choć robił to coraz szybciej wciąż kierował swoje myśli na niewłaściwe tory. Chodziło głównie o sposób odnoszenia się do własnych wyników i zajmowanych miejsc, przykład? Pierwsza edycja Biegu Czekoladowego – Łukasz zajmuje 19 miejsce w OPEN z niezłym jak na niego czasem 19:05. Jest życiówka, jest miejsce w pierwszej 20 – dla mnie jako trenera super, ale… nie dla Łukasza. Bo przecież ktoś pobiegł szybciej, bo jego znajomy w tym samym czasie nabiegał kilka sekund lepiej, bo przed nim było aż 18 zawodników… Oczywiście ręce mi opadły i powiedziałem wtedy – Łukasz, nabiegałeś świetny wynik, przed Tobą było (TYLKO) 18 biegaczy, a za Tobą ponad 650! Niejeden marzy o takim wyniku, a Ty narzekasz?

Wtedy pierwszy raz pomyślałem o tym, że ten smerf maruda tak naprawdę nie potrzebuje jakiegoś wymyślnego treningu aby stać się jeszcze lepszym biegaczem, on po prostu potrzebuje pracy typowo mentalnej. Wiedziałem, że może biegać znacznie szybciej niż 40min na dychę czy 1:30 w półmaratonie i to nie tylko zw względu na swój młody wiek (ten żwawy studenciak ma dopiero 21 lat!). On po prostu jest uparty, nogi mu ładnie podają w trakcie biegu, ale brak wiary powodował w nim taką autodestrukcję, że aż przykro było patrzeć. Gdy gdzieś startował, to bał się stawać w pierwszej linii, marudził i skazywał się na porażkę już na starcie. Poprosiłem go więc o dwie rzeczy: po pierwsze – aby zawsze miał przeświadczenie o tym, że jest naprawdę dobrym biegaczem i zwracał uwagę na to ile osób było za nim, a nie przed nim aby się nie deprymować. Po drugie: aby zaczął wybierać także mniejsze imprezy, w których mógłby powalczyć o wyższe lokaty i tym samym podbudować swoje poczucie własnej wartości.

Trudno jednoznacznie określić kiedy nastąpił przełom i transformacja ze smerfa marudy w pełnego wiary w siebie biegacza, ale jedno jest pewne – z każdym kolejnym startem zaczynało być coraz lepiej. Oczywiście dawne przebłyski bełkotu jeszcze dawały o sobie znać, ale ku mojej uciesze – nabierało to charakteru coraz bardziej epizodycznego. Jako ciekawostkę powiem, że Łukasz podczas 10km biegów ciągłych na treningach potrafił przebiec to znacznie poniżej 40 minut i jako drugą ciekawostkę powiem, że wciąż uważał, że to i tak mu nic nie da – na treningach biegał więc szybko, a na zawodach często czuł się stłamszony obecnością szybszych biegaczy.

Ważnym startem, który był nie tylko sprawdzianem formy, ale i nastawienia był tegoroczny Półmaraton Poznań, w którym Łukasz nabiegał 1:25:19. 246 miejsce w OPEN nie brzmi dobrze, prawda? Może i nie, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że za nim było ponad 11 tysięcy biegaczy, to taka liczba nabiera już zupełnie innych kształtów! Tak mu przynajmniej kazałem myśleć i z każdym kolejnym dniem od startu – był coraz bardziej dumny ze swojego wyniku. Co ciekawe – już nawet nie analizowałem zbytnio jak ma trenować i co robić, czasem rzuciłem po prostu – zrób czterysetki czy dychę ciągłego, ale i tak wiedziałem, że tutaj najważniejszy jest trening… umysłu. Nie było więc żadnych rewolucji w środkach treningowych, była za to rewolucja w podejściu do biegania i przede wszystkim do samego siebie.

Półmaraton Poznań i 1:25
Półmaraton Poznań 2016 i 1:25:19 w strugach deszczu. Coraz więcej pewności siebie i dobry prognostyk na kolejne starty. fot. Tomasz Szwajkowski

Kolejne starty i kolejne próby zmiany nastawienia – Półmaraton Lwa w Tarnowie Podgórnym, II Bieg Czekoladowy, Półmaraton w Chrzypsku i Międzychodzka 10. To oczywiście starty, które mnie jako trenerowi niewiele mówiły, gdyż odbywały się często na trudnych trasach lub przy wysokiej temperaturze – nie były to więc dla mnie jakieś znamienne punkty odniesienia, ale widziałem, że Łukasz myśli coraz bardziej pozytywnie, a ślady dawnej skromności powoli zaczynają się zacierać. Ktoś powie – skromność jest cnotą. Niestety, ale nie w bieganiu – tutaj musisz być pewny swojej wartości i wierzyć w siebie, nawet jeśli za Tobą nie biegnie już nikt tylko jedzie busik z napisem „koniec biegu”. Notabene – nawet dla takich zawodników jest motywacja – to co, że zamykają stawkę? A ile milinów ludzi w ogóle się nie rusza? Ile milionów nie miałoby odwagi by w ogóle stanąć na starcie? Takie myślenie potrafi dać solidnego motywacyjnego kopniaka i uruchomić niespożyte pokłady sił.