Pacemaker – pomocnik czy koszmar biegacza?

Pacemakerzy są obecni na wielu imprezach biegowych. Ubrani przeważnie tak aby łatwo ich było rozpoznać z przytwierdzonymi balonami, na których widnieją czasy jakie mają osiągnąć na mecie. Już na starcie skupiają wokół siebie spore grupki biegaczy, którzy ufają w ich profesjonalizm i w to, że pomogą im w uzyskaniu upragnionej życiówki. No właśnie – tylko czy zawsze pomagają? Czy pacemaker może wręcz przekreślić Twoją szansę na dobry wynik?

 

Jak nie prowadzić biegu, czyli mój koszmar z Drezna.

Jest październik 2008 roku. Maraton w Dreźnie. Pacemakerzy z balonikami z napisem „3:00” są oblegani przez zawodników. To w końcu prawdziwi ścigacze – jeden z życiówką 2:20, drugi nieco powyżej 2:30. Ufamy Im i wierzymy, że poprowadzą nas równo po 4:16/km. Słychać już strzał startera i biegniemy. Nasi zające na czele, my za nimi. Mija pierwszy kilometr – 3:51. To 25 sekund za szybko, ale spokojnie, nikt się tym nie przejmuje, bo to przecież początek – biegnie tłum, jest chaos i trudno utrzymać właściwe tempo. Drugi kilometr już nieco wolniejszy, ale nadal poniżej 4min. Dla pewności zerkam na napis na baloniku – 3:00  jak byk, czyli wszystko w porządku. Nagle nasi dowódcy zaczynają coś szemrać między sobą po niemiecku, po czym tempo ewidentnie maleje. Cała grupa również grzecznie zwalnia. Trzeci kilometr pokonujemy powyżej 4:30… W naszej grupie zaczynają się rozmowy, że coś jest nie tak. Czwarty kilometr prawie idealnie – 4:18. Piąty znowu w okolicach 4min.

Mijają kilometry, jesteśmy już na półmetku. W sumie nie ma się do czego przyczepić, bo przybiegamy w 1:29:45. 15 sekund na 21,0975 km to niewiele. Jest tylko jedno ale. Z tych 21km tylko 2 km wypadły równo w 4:16… pozostałe 19 km były szarpane od 4:37 min/km do 3:50 pomimo, że trasa była płaska.

 

Szarpane tempo – grupa się kurczy

Negatywne efekty tak nierównego biegu widać już koło 24 km. Pierwsi zawodnicy zaczynają odpadać. Mnie również biegnie się coraz ciężej. Po 30 km nie ma już około 1/3 zawodników z naszej grupy. Około 35 km zostaje nas już tylko garstka (5 lub 6 zawodników). Po 37 km odpadam również ja, a baloniki powoli znikają mi z oczu. Na 41 km wybija dokładnie 3 godziny – czyli kolejna stracona szansa na pokonanie tej bariery. Biegnę powoli po 5:30/km byle tylko jakoś dotrwać do mety. Na mecie melduję się z czasem prawie 3:06, co mnie w ogóle nie cieszy. Opieram się o barierkę i zaczynam myśleć jak potoczyłby się ten bieg gdybym biegł swoim, równym tempem.

Oczywiście gdybanie to jedno, aktualna forma to drugie, a szarpiący zające to trzecie. I choć trudno przerzucać całą winę tylko na nierówne tempo pacemakerów, to jednak prawda jest taka, iż takim bieganiem przekreślili szanse wielu zawodników na złamanie 3 godzin. Niesmak pozostał, trójka z przodu również (na szczęście już dwójka, ale wypracowana bez pomocy pacemakerów – przyp.red.)

 

1
2
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułJak biegać szybciej?
Następny artykułBieg Górska Przygoda w Wiśle coraz bliżej!
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.