Podbiegi na zawodach – czy aż tak przeszkadzają w uzyskaniu życiówki?

podbiegi na zawodach podczas Poznań Maraton 2015

Po ostatnim Poznań Maratonie w sieci pojawiły się różne dyskusje na temat tego czy podbiegi na trasie rzeczywiście tak bardzo spowalniają biegaczy. Czy powodują, że trasa automatycznie staje się „wolniejsza”? Na których kilometrach trasy najbardziej przeszkadzają? Oto kilka moich spostrzeżeń.

 

Mój Poznań Maraton – życiówka na „trudnej” trasie

- REKLAMA -

Dla mnie Poznań Maraton zakończył się nie do końca po mojej myśli. Planowo miałem się pojawić na mecie w czasie około 2:49:00-2:49:30. Pojawiłem się nieco później uzyskując wynik 2:56:47, co jest moim nowym rekordem życiowym. Pozostał pewien niedosyt, ale z drugiej strony – gdy jednak przeanalizowałem całą trasę, to stwierdziłem, że nie będę dramatyzował. Na całej trasie było kilka podbiegów, które chociaż na pierwszy rzut oka nie wydawały się zbyt groźne to jednak utrudniały utrzymanie tempa na stałym poziomie. Osobiście mam zasadę aby nie starać się za wszelką cenę utrzymywać stałego tempa na podbiegach – pozwalam więc sobie na mały spadek prędkości i staram się później to zrekompensować nieco żwawszym tempem na zbiegach. I tutaj właśnie pojawia się problem – załóżmy, że podbieg ma 500m i tracę na nim 10 sekund. Jeżeli więc moje tempo maratońskie ma wynosić około 4min/km, powinienem na zbiegu biec około 3:50/km. Powinienem, ale za każdym razem obawiam się, że takie tempo zaprocentuje zmęczeniem na późniejszych kilometrach. Efekt jest taki, że przyspieszam tylko nieznacznie tracąc na każdym podbiegu po kilkanaście sekund. Gdy się to uzbiera do kupy to na 3/4 dystansu jestem już 1-2min w plecy. Gdy do tego wszystkiego dojdą fragmenty, które muszę pokonywać samotnie i pod wiatr – wtedy szanse na dobry wynik spadają prawie do zera. I tak to właśnie wygląda z mojej perspektywy – od zawsze podbiegi mi przeszkadzały w uzyskaniu życiówki, chociaż z drugiej strony – dzięki dobrym treningom i większej ilości siły biegowej – te spadki tempa nie są już tak drastyczne jak kiedyś (jeszcze 3-4 lata temu na tej trasie na pewno nie pobiegłbym poniżej 3h).

 

Podbiegi na końcówce są najgorsze?

Niektórzy twierdzą, że najgorsze co może biegacza spotkać to podbiegi na ostatnich kilometrach maratonu. Ja bym się z tym nie do końca zgodził, ponieważ jeśli pozostała część trasy była płaska i zachowało się odpowiednią ilość sił to straty czasowe na podbiegach blisko mety będą znacznie mniejsze niż w przypadku trasy, która obfitowałaby w podbiegi na całej długości trasy, nawet jeśli byłyby znacznie mniej strome. Skumulowane zmęczenie daje wtedy znać na końcówce i potrafi wyhamować znacznie bardziej niż podbieg.

 

Każdy biegacz jest inny

Tak czy inaczej – są osoby, którym taki profil trasy nie robi zbytniej różnicy i jak czytałem różne komentarze – wielu osobom biegło się bardzo dobrze – po prostu nadrabiali na zbiegach i do mety docierali w założonym czasie. Inni twierdzili, że trasa jest makabryczna. Z tym bym się akurat nie zgodził, ale w mojej ocenie – nie była to trasa na życiówkę – przynajmniej dla mnie.

W tej całej dyskusji najważniejsze jest niepatrzenie tylko ze swojej perspektywy – trasa, która dla jednego jest szybka, dla innego może być koszmarnie wolna i na odwrót. Tak naprawdę wszystko zależy od indywidualnego sposobu biegania – umiejętności naturalnego wydłużania kroku na zbiegach, ekonomiki na podbiegach oraz na pewno – znajomości profilu trasy. Dla mnie górki i upał zawsze były największymi wrogami na drodze do życiówki. Gdy biegłem Półmaraton Bażanta w Elblągu to poznałem jak dużą rolę odgrywa umiejętne zbieganie. Zawodnicy na moim poziomie pokonywali zbiegi w tempie dochodzącym do 3:20/km, ja biegłem co najwyżej 3:50/km. Efekt – ukończyłem bieg poza podium w OPEN, mimo, że na początkowych płaskich kilometrach radziłem sobie znakomicie…

 

Eksperymentujmy z treningiem i nie bójmy się podbiegów!

Płaska trasa z równiutkim asfaltem to na pewno trasa sprzyjająca dobrym wynikom, ale pamiętajmy, że każdy biegacz jest inny i niektórzy naprawdę nie muszą jechać do Holandii czy na Żuławy aby biegać szybko – ba, niektórzy zawodnicy zawodowcy sami przyznają, że wolą trasy chociaż z minimalnymi przewyższeniami, bo biega im się na nich lepiej. W pamięci cały czas mam słynne pagórkowate czterdziestki Haile Gebrselassie, które podczas treningów pokonywał ze średnią 3min/km – dla niego wzniesienia nie odgrywały większej roli, a gdy natrafił na płaską jak stół berlinśką trasę – bił rekord świata. I może to jest właśnie klucz do sukcesu? Może wystarczy biegać długie i mocne treningi na urozmaiconych trasach? Drugim Haile na pewno nikt z nas nie będzie, ale na pewno warto eksperymentować z treningiem tak jak on i nie iść na skróty.

Ja mam już koncepcję jakich zmian dokonam w swoich treningach, bo idealnie płaskiej trasy trudno znaleźć, a postępy trzeba robić! I właśnie takie zmiany i analizę swoich dotychczasowych treningów polecam wszystkim, którzy nie chcą w kolejnym sezonie bać się górek za zawodach.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMotywacja do biegania po kontuzji
Następny artykułZnani wyBiegani!
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.