Półmaraton okiem debiutanta – czyli Wojtek Biega i… łamie 2h!

Często szukamy inspiracji wśród osób, które dokonują rzeczy wielkich i spektakularnych. Wzorujemy się na mistrzach i gwiazdach sportu. Czasami jednak warto poczytać o historiach zwykłych biegaczy, których dokonania są z pozoru prozaiczne. Z pozoru, ponieważ tylko oni sami wiedzą ile musieli poświęcić aby dojść do obecnych wyników. Wojtek złamał 2h w swoim półmaratońskim debiucie i to jest jego osobiste mistrzostwo, którym dziś chciałby się z Wami podzielić. Zapraszamy do prostej historii, która pokazuje, że warto walczyć o swoje marzenia – nie tylko te wielkie i budzące gremialny zachwyt, ale także te, które dla wielu wydają się bułką z masłem.  

Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem – tak krótko mogę skomentować swój debiut w Półmaratonie, ale nie byłbym sobą gdybym nie napisał czegoś więcej, a więc… miłego czytania :)

- REKLAMA -

W sobotę w samo południe wyruszyliśmy z Agatką w drogę do Gdyni, pogoda nie rozpieszczała, a o biegu prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. Pierwsze biegowe emocje odczułem podczas targów Living Expo, które z okazji gdyńskiego półmaratonu zostały zorganizowane w hali Gdynia Arena. Tam oprócz odbioru pakietu startowego, poznałem Maćka Mroziaka z mojego teamu, obecnego z nim Pawła Meja vel. Bosy Biegacz i zawitałem na stoisko z klubowym odżywkami:). Z plecakiem pełnym miodowych przysmaków (naprawdę rewelacyjne!) i opaskami kompresyjnymi (zakup totalnie spontaniczny:P) udaliśmy się w kierunku sceny na prezentacje elity biegaczy, a także sztafet. Żartowaliśmy z Agatką zadając sobie pytanie „Ale dlaczego mnie nie chcą zaprezentować?”:).
Jak wcześniej zapowiadałem, podczas Expo zbierałem podpisy na koszulce dedykowanej chorej dziewczynce. Oprócz podpisów Maćka i „Bosego”, mam jeszcze podpis Pawła Czapiewskiego, Tomasza Czubaka, Jerzego Skarżyńskiego i Piotra Długosielskiego. Chyba nie muszę mówić kim są Ci wszyscy panowie :)? Opuszczając Arenę Gdynia coraz bardziej nie mogłem się doczekać startu, byłem jednak spokojny.

W niedzielę, nieco ponad godzinę przed startem opuściliśmy pokój i udaliśmy się na start. Pogoda ładnie mówiąc – nie rozpieszczała i o ile jeszcze dzień przed startem zastanawiałem się nad długością nogawek o tyle w niedzielę nie miałem wątpliwości – biegnę w długich spodniach. Była to dla mnie pierwsza taka wielka impreza biegowa dlatego nadciągające tłumy na skwer Kościuszki robiły na mnie ogromne wrażenie.
O godzinie 10:00 na trasę wyruszyła elita, natomiast dla mojej grupy zegar wystartował około 10:10. Atmosfera na trasie? Coś wspaniałego! Dla takiego nieopierzonego w startach gościa jak ja mogło być to przytłaczające. Na szczęście lata spędzone przy sporcie sprawiły, że doping mnie nie tremował, a wręcz mobilizował;). Mój bieg przebiegał spokojnie, tempo miałem w okolicach 5:25 min/km i naprawdę czułem się bardzo dobrze. Gdzieś na 8-9 kilometrze usłyszałem „Dawaj Wojtek, dawaj!” Niby nic nadzwyczajnego, przecież nie startował jeden Wojtek, ale ten głos był charakterystyczny… Spojrzałem w lewo, a to był Filip – mój kolega z Gdyni z którym się nie widziałem ponad rok! Zrobiło mi się bardzo przyjemnie i uskrzydliło dodatkowo;). Na 15 kilometrze wedle zaleceń trenera Tomka, posiliłem się żelem. Wcześniej były dwa punkty z wodą, ale tam bardziej płukałem sobie gardło niż piłem, ponadto żel ma trochę inne działanie niż woda. Gdy na zegarku wyświetlił mi się komunikat o przebiegnięciu 16 kilometrów, w głowie pojawiła się myśl „uda Ci się!”. Z taką myślą biegło mi się naprawdę dobrze, szczerze mówiąc nie czułem, że jestem już tak blisko mety i nagle stało się coś niesamowitego… po minięciu 17 kilometra osłabłem… odcięło mi prąd, a w głowie zaczęły wirować różne myśli… Szczęście w nieszczęściu było takie, że właśnie wbiegałem w strefę dla kibiców i niósł mnie po prostu doping… dzieciaki ze szkół klaskały, śpiewały i krzyczały tak głośno, że nie mogłem się zatrzymać :). Na 19 kilometrze był kolejny punkt z wodą i izotonikami. Ten punkt był dla mnie też bardzo pomocny, ponieważ duży łyk wody i napoju, podtrzymał mnie przy życiu. Czas uciekał, a ja do mety miałem jeszcze kilometr i pewnie truchtałbym sobie dalej, gdyby nie mój mały cel, który sobie założyłem, a o którym nikomu nie chciałem zbytnio mówić:). Tym celem był debiut w czasie poniżej 2 godzin. Po spojrzeniu na zegarek zdenerwowałem się sam na siebie, mówiąc w myślach „ku**a! Nie po to harowałem cały bieg, aby teraz się poddać!” I przyspieszyłem:)! Na ostaniej prostej poczułem się jak zawodowiec, tłumy oklaskiwały wszystkich wybiegających na metę i wreszcie jeeeest! Mogłem unieść ręce do góry! 1:58:17 – cel osiągnięty! Jestem Półmaratończykiem!

Zawody w Gdyni utwierdziły mnie w przekonaniu, że droga obrana pół roku temu jest właściwa, a ciężka praca naprawdę się opłaca. Mobilizuje mnie to do kolejnych treningów. Już 1 kwietnia biorę udział w przełajowych mistrzostwach Sianowa. Będzie to bieg na 5 kilometrów.

Kończąc chciałbym podziękować przede wszystkim narzeczonej Agatce, która znosi moje treningi, narzekania i wspiera mnie na zawodach! Nie mogę pominąć pani dietetyk Agnieszki Wyczesany (Dobry Dietetyk), dzięki której pozbyłem się zbędnego balastu i na jedzenie spoglądam z innej perspektywy oraz mojego trenera biegowego Tomka Peiserta (biegologia.pl). Z Tomkiem współpracuje dopiero drugi miesiąc, ale jego rady i sugestie zmieniły moje podejście do biegania w niesamowity sposób! Dziękuje także koledze Filipowi za ten niespodziewany doping – naprawdę było mi bardzo miło!

Pozdrawiam wszystkich. 

Zapraszamy również na blog Wojtka gdzie podobnych historii z pewnością pojawi się jeszcze wiele, a czyta się go bardzo dobrze, bo to w końcu nie tylko biegacz, ale też mgr filologii polskiej:) 

www.wojtekbiega.blogspot.com