Polscy biegacze mają kolejny powód do narzekania…

Polscy biegacze mają kolejny powód do narzekania…

„Ach jak byłoby super gdyby w moim mieście był jakiś bieg. Szkoda, że muszę tak daleko jechać aby gdzieś wystartować. Moja ulubiona dycha ponad 100km od domu, a w mojej okolicy nic…” – takie i podobne zdania można było usłyszeć z ust biegaczy jeszcze kilkanaście lat temu. Biegów rzeczywiście nie było dużo, a dla wielu mieszkańców, zwłaszcza mniejszych miast – start wiązał się z koniecznością długiej podróży. Minęło trochę czasu, a w Polsce nastał prawdziwy boom na bieganie. Wraz z nim jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się nowe imprezy biegowe. I wszyscy byli zadowoleni do czasu aż w zabieganym narodzie nie dała o sobie znać wrodzona skłonność do… narzekania. 

Mamy rok 2016 i gdyby przedstawić graficznie polską mapę biegów to wyglądałaby zapewne imponująco. Kilka razy w miesiącu do naszej redakcji trafiają informacje prasowe o nowych biegach, które są organizowane w przeróżnych miejscach naszego kraju – dużych miastach, miasteczkach, wsiach, a nawet na totalnych pustkowiach. Biegający Kowalski ma więc w czym wybierać i swój kalendarz startowy może zapełnić biegami jakie sobie tylko wymyśli – ograniczeniem może być tylko budżet, tudzież czas wolny.

Dzięki tak dużej popularności biegania – wiele polskich miast wreszcie doczekało się swoich własnych imprez biegowych. Po wielu latach w końcu takie duże miasta jak Szczecin czy Rzeszów mają swoje maratony. Kielce, Gdynia, Sopot, Grudziądz, Grodzisk Wielkopolski, Białystok, Chełm, czy Dąbrowa Górnicza mają swoje półmaratony. Jest też mnóstwo dziesiątek, piątek i biegów na dystansach nietypowych, które odbywają się często w miasteczkach, w których jeszcze do nie dawna bieganie było uznawane za dziwactwo. Dzięki takim inicjatywom wielu ludziom łatwiej się przełamać i pozbyć wstydu. W wielu miejscach po zorganizowaniu biegu zauważono, że więcej ludzi wychodzi pobiegać. Nie martwią się już, że ktoś ich będzie wytykał palcami, bo skoro w ich rodzinnym mieście odbył się bieg, w którym wystartowało kilkaset osób z całej Polski – to dlaczego oni mieliby także nie pokręcić codziennej porcji kilometrów? Tak było m.in. w Grodzisku Wielkopolskim – to niewielkie wielkopolskie miasteczko tak mocno zakorzeniło mieszkańcom bieganie jako coś zupełnie normalnego, że obecnie widok biegacza, który krąży gdzieś po uliczkach w obcisłej lycrze już nikogo nie dziwi, a sami mieszkańcy z dumą mówią o swoim półmaratonie.

Czy tak pozytywne zjawisko może mieć jakikolwiek negatywny wydźwięk? W Polsce oczywiście tak. Gdy już mamy w czym wybierać, a bieganie jest dostępne dla każdego – czas zacząć narzekać, że imprez jest za dużo. Każda kolejna inicjatywa organizacyjna oprócz fali radości spotyka się również ze słowami krytyki – oczywiście jestem w stanie zrozumieć gdy sprzeciw wychodzi od typowych kanapowców, ale gdy do ataku włączają się sami biegacze, to czuję się po prostu zniesmaczony. Ci, którzy 20-30 lat temu biegali w ortalionowym dresie po lesie, w ukryciu, z dala od wścibskich spojrzeń sąsiadów i znajomych – teraz burzą się, że imprez jest za dużo. Niestety tak jest, że jak masz czegoś pod dostatkiem to przestajesz to doceniać. Pojawiają się więc głosy, że z biegania zrobił się biznes, że organizatorzy robią to tylko dla kasy itp. Pomijam już ten aspekt, bo to już całkowicie irracjonalne podejście wielu biegaczy, którzy prosto kalkulują 1000 biegaczy x 50zł = 50tys zł dla organizatora. Ach gdyby było tak słodko, to zapewne po napisaniu tego artykułu wsiadłbym się przejechać swoim nowym Ferrari (którego rzecz jasna nie posiadam). Realia są takie, że na imprezie biegowej rzadko kiedy można zarobić duże pieniądze, ale nie to jest przedmiotem tekstu.