Polska cebula – teraz obecna także na biegach!

 

Meta – koniec biegu, początek cebuli

- REKLAMA -

Prawdziwą plantację cebuli można jednak zaobserwować na mecie. Powszechne się już stało rozkradanie medali (dla siebie, dla rodziny), branie po kilka drożdżówek czy wynoszenie wody zgrzewkami prosto do cebulochodów. Niektórzy nazywają to zwykłym złodziejstwem. Ja byłbym jednak daleki od tego określenia, bo prawdziwy złodziej, gdy kradnie to przynajmniej stara się jak najbardziej zakamuflować. Na mecie biegu biegu mało mamy prawdziwych złodziei – tutaj większość po prostu podchodzi do wieszaków z medalami i bierze po kilka zupełnie tak jakby odbierali kolejnego drinka z greckiego baru gdzie na wakacjach mają opcję all inclusive. Różnica jest jednak zasadnicza – tutaj biegacz (klient) zapłacił startowe w ramach, którego nie ma „open baru” z medalami, ale jedną sztukę za jeden bieg, który ukończył. Niektórych regulamin zdaje się jednak w ogóle nie interesować…

 

Janusz robi zapasy, bo w domu bida

Dla sporej rzeszy biegaczy organizator jest synonimem organizacji charytatywnej, która w nieograniczonej ilości produkuje medale, drożdżówki, kiełbaski oraz posiada swoje własne ujęcie wody mineralnej. Przybywają więc oni na zawody korzystając z tych dóbr tak bardzo jak tylko się da. Ok – rozumiem sytuację, którą miałem okazję zaobserwować kilka lat temu na jednym z biegów, w którym uczestniczyły także dzieci z Domu Dziecka. Nikt im nie robił wyrzutów, że zajadali po kilka pączków i z radością raczyli się ciepłą grochówką. Nie ma się co dziwić – nie mają tego na co dzień. Czy jednak dla dorosłych, pracujących biegaczy drożdżówki i butelki z wodą mineralną są aż takim luksusem, że aż warto je zabrać do domu? Czasami gdy obserwuję w jak pazerny sposób niektórzy ładują do plecaków smakołyki z mety, to się zastanawiam czy może w ich domach jest tak ciężka sytuacja, że wyjada się sam cukier łyżką i popija kranówką? Szczerze wątpię…

 

Rogal o smaku cebuli

W zeszłym roku polska cebula zagościła w „mieście kwitnącego ziemniaka” czyli w Poznaniu przy okazji 1 Poznańskiego Biegu Niepodległości. To co działo się na mecie jest niestety potwierdzeniem mojej tezy, że Polacy w dużych skupiskach ludzi nie są sobą. Nie chce mi się bowiem wierzyć, że w tym 9 tysięcznym tłumie tak wielki odsetek stanowili kretyni, którzy ograbili wręcz organizatora z rogali świętomarcińskich i medali, a których w efekcie później zabrakło. Spowodowało to oczywiście niemałe zamieszanie – zwłaszcza wśród tych, którzy planowali zwinąć po kilka rogalików, a nie dostali ani jednego. Tutaj niestety dużym błędem było ogólne przyzwolenie na grabież – ludzie relacjonowali później, że widzieli wielu takich, którzy brali po kilka „giftów” i wcale się z tym nie kryli. Chociaż… był przypadek faceta, który ukradł kilka medali w niezwykle wyszukany sposób – zabrał je, zawiesił na szyi, po czym założył na to jeszcze jedną koszulkę, a na nią oczywiście… jeszcze jeden medal. Miał więc kilka, ale wyglądał uczciwie. No i to już jest bardziej zbliżone do prawdziwego złodzieja, bo facet się postarał, uruchomił resztki swoich szarych komórek i spróbował ukraść niezauważalnie. Jak widać z marnym efektem, bo widziało go kilka osób…

1
2
3
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułObóz biegowy w Grecji z trzecią zawodniczką Spartathlonu!
Następny artykułBieganie pomaga schudnąć, ale co z brzuchem?
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.