biegaczka biegnie w parku

Ania wyszła z domu i zaczęła biec. Był czwartek zatem w planie nie więcej niż 10km. Pogoda sprzyjała choć była już jesień. Pierwsze metry były wyjątkowo przyjemne i lekkie, jakoś inaczej niż zwykle. Po 1km Ania zatrzymała się, ponieważ było czerwone światło. Dwie minuty musiała więc stać i czekać. Zasadniczo mogłaby ruszyć na czerwonym, bo nic nie jechało, ale już raz kosztowało ją to 50zł. Miało być 100, ale urok obcisłych leginsów spowodował, że pan władza potraktował ją łagodniej. Ruszyła więc dalej dopiero gdy rozbłysnął zielony ludzik, wbiegła do parku i urokliwymi alejkami, żwawym tempem dobiegła do 3km.



Tutaj zauważyła pewnego biegacza, który wpadł jej ostatnio w oko. Rozciągał się. Ona przeszła więc do marszu, po czym również zaczęła się chwilę rozciągać, a raczej wykonywać jakieś dziwne kocie ruchy aby zwrócić na siebie jego uwagę. Jej obiekt westchnień spojrzał na nią zalotnie i zaczął się prężyć jakby nie szykował się do biegu tylko do łamania średniowiecznym kołem. Oboje zaczęli wykonywać komiczny, rozgrzewkowy taniec godowy, który trwał dobre 10 minut. Chłód jednak zaczął dawać o sobie znać, więc On uśmiechnął się, puścił oko i ruszył w trasę. Zrobiła to samo. Biegła napędzona nową energią, podekscytowana jakby właśnie Grey zabrał ją do pokoju zabaw. Biegła szybciej niż zwykle, pulsometr wskazywał 4:45/km! Gdyby miała ze sobą pasek do pulsometru byłaby pierwszą osobą na świecie, która osiągnęłaby 150% HRmax.

Tuż przed 7km zadzwoniła komórka – Ania zatrzymała się i odebrała z dziwnym przeczuciem, że to zadzwonił On! Jakże musiał jej namieszać w głowie – przecież nawet nie ma jej numeru. To niestety jej koszmarny eks, który zawsze dzwoni w najmniej odpowiednim momencie. Rozmowa trwała kilka minut i opierała się głównie na próbie przekonania go, że jej przyspieszony oddech jest spowodowany biegiem. Eks palant (tak go miała zapisanego w telefonie) nie wierzył w to jednak i snuł absurdalne spekulacje. Zresztą nie wierzył jej nigdy, także wtedy gdy byli jeszcze małżeństwem, a jego chorobliwa zazdrość spowodowała, że ich drogi się rozeszły. Ania wzięła głęboki oddech, przeklęła pod nosem, pokręciła głową i ruszyła dalej.

Kilometr od domu znowu czerwone światło. Niech to szlag! – pomyślała. Ale zaraz, zaraz… chwila, stoi On, też czeka i chyba też już zmierza do domu. Jego uśmiech spowodował, że nogi jej zadrżały. Gdyby była na szpilkach – pewnie by się przewróciła. Zielone światło zaświeciło się zdecydowanie za szybko… Oboje ruszyli z impetem niczym dwaj dresiarze w Golfach III. Tak, to był prawdziwy wyścig, który zakończył się dopiero pod jej domem. Ania zatrzymała się, On też.

Komentarze Facebook