Start Henryka Szosta na ME w Zurychu (ad vocem – Marcin Chabowski – kozak z Zurychu czy wielki przegrany?)

fot. Marek Biczyk - PZLA

Tekst na temat występu Marcina Chabowskiego w Zurychu wywołał dość duże poruszenie. Pojawiło się wiele pozytywnych i jeszcze więcej negatywnych komentarzy i opinii co do samego artykułu. Dla niewtajemniczonych – autor to ja (Tomek Peisert), którego wielu z Was zmieszało z błotem po dość wymownej sugestii ze strony Henryka Szosta na swoim fanpejdżu. Rozumiem wzburzenie, ponieważ jest ono naturalną reakcją obronną na atak swojego idola. Dlatego też seria wyzwisk jakie padła wobec mojej osoby zarówno publicznie jak i w wiadomościach prywatnych nie robi na mnie większego wrażenia. Nasz portal (BIEGO PATOLOGIA) jak ją wdzięcznie określił sam Szost od samego początku funkcjonowania nie pozostaje letnia wobec pewnych spraw. U nas nie ma suchego przedstawiania faktów, bo nie o to w dziennikarstwie chodzi.

Tak było również w przypadku ME w Zurychu. Generalnie występ naszych polskich reprezentantów w maratonie mi się nie podobał. Yared Shegumo – owszem obronił honor polskiej ekipy w wielkim stylu, ale myślę, że to srebro w dużym stopniu zostało przysłonięte porażką reszty Polaków. Dlaczego jednak niepowodzenie Szosta najbardziej wzbudziło moje emocje? Ponieważ są momenty w sporcie zawodowego biegacza, w których powinien on realnie oceniać swoją aktualną formę i dyspozycję.

Gdy prześledzimy facebookowy fanpejdż naszego rekordzisty Polski to zauważymy tylko jeden post, w którym sygnalizował on jakieś problemy zdrowotne (03.06.2014) napisał:

„Obóz w Szklarskiej Porębie dobiega końca. Na początku zgrupowania miałem problemy ze zdrowiem, dopadła mnie ogromna angina, ale szybko się zregenerowałem i powróciłem do trenowania”

Od tamtego postu kibice widzieli już tylko same pozytywne i optymistyczne akcenty – posty, w których Henryk z optymizmem patrzył na zbliżające się ME. Widzimy relację z dobrych treningów podczas obozu w St. Moritz oraz późniejsze zapowiedzi walki podczas maratonu w Zurychu. Jeszcze na dzień przed maratonem stworzył atmosferę nadziei kolejnym pokrzepiającym postem. Nadszedł dzień startu i nagle okazało się, że już od 10km nie był w stanie utrzymać tempa. Kibice zszokowani, dziennikarze nie wiedzą nawet czy jeszcze biegnie czy już nie i dopiero po paru godzinach dowiadujemy się, że naszego faworyta zgarnęła po 31km karetka pogotowia.

Taka sytuacja może się zdarzyć każdemu maratończykowi, jednak gdy po zakończonych ME zacząłem czytać powody takiego stanu rzeczy, to zacząłem się zastanawiać czy Szost potraktował swoich kibiców poważnie do samego końca przekonując, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Jego tłumaczenie na fanpejdżu było bardzo krótkie i nie wnoszące żadnych konstruktywnych wniosków:

„Niestety nie udało się dzisiaj powalczyć o medal . Przepraszam moich wszystkich kibiców . Nie chcę się tłumaczyć i podawać bezsensownych powodów mojej niedyspozycji, czasem po prostu nie wychodzi. Nogi odmówiły mi dzisiaj posłuszeństwa już na 7 km i tak było do trzydziestego kilometra. Od czterech lat jestem w czołówce Europy i dzisiaj kiedy miałem wielka szanse zawiodłem Was i samego siebie. Pozdrawiam”

Takie tłumaczenie to oczywiście wyraz klasy i umiejętności wyjścia z twarzą w obliczu porażki, ale w tym przypadku dochodzą pewne fakty, o których jak się potem okazało prawie nikt nie wiedział. Jak czytamy na konkurencyjnym portalu oraz na fanpejdżu Szosta – po powrocie z St. Moritz przeszedł kurację antybiotykową, a we wtorek, na kilka dni przed startem – stłukł goleń i był na lekach przeciwbólowych. Kibice jednak nie mieli jednak żadnych informacji na ten temat mimo, że mieli do nich pełne prawo, ponieważ Henryk jest osobą publiczną. Każdy poważny sportowiec informuje o swojej ewentualnej niedyspozycji i wtedy porażka podczas zawodów jest automatycznie w jakimkolwiek stopniu usprawiedliwiona. W tym przypadku takiej informacji nie mieliśmy, dlatego większość do samego końca ślepo wierzyła w medal, a być może nawet pierwszy w historii ME wynik poniżej 2:10.

Co do samego Szosta – nie ujmując mu sportowej klasy, bo był i pewnie jeszcze długo będzie najlepszym maratończykiem w Polsce i jednym z najlepszych w Europie, to jednak w tym przypadku zachował się raczej mało profesjonalnie żeby nie powiedzieć naiwnie. Oczywiście można to tłumaczyć tym, że będąc faworytem w całej stawce mógł czuć się bardzo pewnie, w końcu startował z rekordem życiowym 2:07:39! Z drugiej jednak strony miał pełną świadomość swojej niedyspozycji, o której powinien był poinformować swoich fanów. Dla wielu i tak już jest wielkim sportowcem i wystarczyłoby aby pobiegł wolniej i nikt (rozsądny)  nie miałby do niego o to pretensji. Usilna próba utrzymania się czołowej grupy była w mojej ocenie szarżą wcale nie mniej brawurową niż szarża Chabowskiego. Obaj popełnili błąd – z jedną małą różnicą – Chabowski przegiął, ponieważ czuł się zbyt mocno, a Szost przegiął, bo czuł się słabo, ale nie chciał się do tego przyznać do końca wierząc w cud.

Wiem, że zarówno jemu jak i jego kibicom trudno jest czytać cokolwiek negatywnego na jego temat – zwłaszcza gdy wypowiada się żółtodziób, który legitymuje się życiówką 2:57. Nie liczę też na to, że ktokolwiek zmieni swoje podejście do tej sprawy poprzez ten tekst. Chcę jednak zwrócić uwagę, że Chabowski został przez wielu negatywnie oceniony za brak mądrej i przemyślanej taktyki. Z kolei Szost był przez większość tłumaczony, że po prostu mu nie wyszło i tyle. Sęk w tym, że po przebytej anginie i ze stłuczonym goleniem oraz krwiakiem i na lekach przeciwbólowych nie zapowiada się wszem i wobec, że podejmuje się walkę o najwyższe laury. W takiej sytuacji informuje się kibiców oraz media, że nie wszystko może pójść zgodnie z planem. Nie jestem zawodowcem, ale mam pełną świadomość tego jak przykre jest to gdy nie idzie wstrzelić się z formą w najważniejszą imprezę w roku. Dla kibiców jednak czasem ważniejsza jest umiejętność przyznania się do problemów zdrowotnych, które w pełni tłumaczą gorszy start niż udawanie, że wszystko jest ok i późniejsze krótkie skwitowanie, że po prostu nie wyszło, bo nogi omówiły posłuszeństwa. Wtedy pojawiają się wątpliwości i spekulacje czy cała ta historia z anginą i antybiotykami jest aby prawdziwa. Ufam, że tak i ufam, że Szost jeszcze nie raz pokaże na co go stać, a w przypadku problemów zdrowotnych – powie nam o tym przed zawodami, a nie po – gdy tysiące kibiców będzie się znowu zastanawiać dlaczego nasz najlepszy europejski maratończyk po raz kolejny schodzi z trasy…

 

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMarcin Chabowski – kozak z Zurychu czy wielki przegrany?
Następny artykułReebok ONE GLIDE – test redakcyjny
Tomasz Peisert

Redaktor naczelny i właściciel portalu, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, tworząc rozmaite teksty/felietony, prowadząc biegowe akademie i warsztaty. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Dzięki swojej dociekliwości doprowadził do wyjścia na jaw wielu mrocznych spraw z biegowego światka. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km 35:19.