Nie zawsze wszystko udaje się w naszych startach.

Poznań? Ola? Usłyszałam za sobą pytanie na pierwszym podbiegu. Tak –odpowiadam domyślając się, że to pewnie jakiś poznaniak mnie rozpoznał na trasie. Ta wyścigówka uliczna? Co ty robisz na takim biegu? Padło kolejne pytanie, a ja z uśmiechem pod nosem tłumaczę, że chciałam spróbować jak to jest. I wiecie co spróbowałam… nie było mi jednak dane zakosztować radości z medalu wiszącego na mojej szyi. Z Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich wracam jako członek „elitarnego” klubu DNF (did not finish).

Zjedzona przez stres

Od kilku dni przed biegiem moje myśli nieustannie błądziły koło Lądka. Wiedziałam, że nie jestem przygotowana i że moje nizinne bieganie raczej nie było dobrym przygotowaniem do górskiego biegu. Skoro jednak  już powiedziałam A i pojawiłam się na liście startowej to teraz trzeba powiedzieć B i pojawić się na starcie. Nie ukrywam, że mocno się stresowałam tym biegiem. Należę niestety do osób, które mają wobec siebie duże wymagania i często nie umiem odpuścić i wyluzować. Nieustannie oglądałam profil trasy, sprawdzałam na zdjęciach z zeszłej edycji czy ścieżki biegowe mają dużo kamieni. Planowałam strategię, ustalałam tempo i ciągle w głowie wyobrażałam sobie jak to pięknie pokonuję zbiegi, choć dobrze wiedziałam że to moja pięta achillesowa. Zamiast potraktować ten start jak miły weekendowy wypad z podziwianiem widoków i bez spiny na wynik, chciałam po pierwszym górskim biegu odkryć w sobie ukrytą kozicę. Teraz już wiem, że moje nastawienie na ten bieg było tylko czczą mrzonką. To mój pierwszy start w górach na tak trudnej technicznie trasie choć nie ukrywam, że miałam parcie na dobry wynik. Zresztą zawsze startuję bez kompromisów. Tu jednak stało się coś, co poważnie pokiereszowało moje wojownicze, biegowe ego.

Trasa przez Góry Złote była cudowna. Szkoda, że poznałam tylko jej połowę. Fot. Fotografia Piotr Oleszak

Marzenie o mecie pęka jak bańka mydlana

Moja biegowa przygoda dawała mi się we znaki już na 7km. Wtedy poczułam pierwszy mocny skurcz w jelitach, który zakończył się kilkukrotnych odwiedzeniem „leśnego WC”. Gdy spotkałam mojego męża Tomka na 10 km przy punkcie odżywczym, byłam coraz bliżej podjęcia decyzji, że rezygnuję. Nic jednak nie powiedziałam, aby jeszcze oswoić się z tą myślą…

Po trzech kubkach wypitej coli z nadzieją na cudowne ozdrowienie na doskonale zorganizowanym punkcie odżywczym, postanowiłam dać sobie ostatnią szansę. Miałam jeszcze 6,5 godziny limitu czasu na pokonanie trasy i wciąż tliła się w moim serduchu nadzieja…

Nie marząc już o dobrym wyniku, ale jedynie o ukończeniu, ruszyłam dalej z Przełęczy Lądeckiej. Moja radość nie trwała jednak długo. Kolejny „przystanek” po kilometrze od punktu odżywczego i wtedy zaczęłam mieć już naprawdę dość! Pojawiła się gęsia skórka, odczuwałam drgawki, znane mi już z wcześniejszych doświadczeń – doświadczeń których wiem, że nie mogę bagatelizować. Podjęłam więc trudną dla mnie decyzję – schodzę na następnym punkcie odżywczym i kończę mój górski debiut.

Nie pamiętam co dokładnie się ze mną działo na kolejnych kilometrach. Pamiętaj jednak, że przemierzałam je z koszmarnym bólem brzucha i ze łzami w oczach. Dotarłam do punktu odżywczego w pięknym Złotym Jarze przy kopalni w Złotym Stoku, gdzie przekroczyłam swój ostatni punkt pomiaru czasu. Zdjęłam numer startowy, odczepiłam chip z buta i ze łzami w oczach zaczęłam szukać możliwości powrotu. Wróciłam z GOPR-owcami. I takim oto wyjątkowym autostopem skończyła się moja przygoda z górami na 23 km.

45 kilometrów po Górach Złotych. 2041 metrów w górę i tyle samo w dół. Tym razem Góry Złote mnie pokonały.

Przecież musi boleć – czyli wyznania szaleńca

Mijając biegaczy, ale też kibiców usłyszałam wiele słów wsparcia. Były też i takie, które miały mnie zdopingować do podjęcia walki: przecież to góry, to musi boleć, każdy tu cierpi to normalne, że nie możesz, ale napieraj dalej do przodu.
Ile razy ludzie ryzykują zdrowie w imię samozadowolenia z siebie czy poczucia, że czegoś dokonali?  Oczywiście, że i ja też tak wielokrotnie robiłam, bo to raczej chleb powszedni wśród długodystansowców. Tym razem jednak powiedziałam – dość. Czułam, że może się to skończyć nawet zasłabnięciem. Nie chciałam ryzykować. Wielu pewnie powie, że trasa mnie pokonała. I mają rację – trasa mnie doszczętnie zmełła i wypluła, jednak czuję wewnętrzny spokój, że fizycznie wyszłam z tego cało, a nad głową do następnego startu jeszcze się zrehabilituję. Mam całe życie aby pokonać góry i nie czułam potrzeby ryzykować. Nie wiem czy gdyby takie coś przytrafiło mi się przykładowo na 220 km w starcie na 240 km postąpiłabym tak samo. Pewnie dłużej walczyłabym ze zdrowym rozsądkiem i bardzo możliwe, że bym go pokonała wewnętrznymi argumentami.

Widok wbiegających na metę śmiałków po 45, 68, 110, 130 czy w końcu po 240 km biegu wzbudził we mnie różne emocje. Wycieńczeni, kulejący, ale z uśmiechem na ustach i nie skłamię jeśli powiem, że z lekkim obłędem w oczach. Obłędem, który musi towarzyszyć takim doznaniom, bo przecież nikt do końca normalny nie decyduje się na takie cierpienie dla przyjemności.

Po powrocie z trasy, pozostało mi poinformować organizatora, że już nie biorę udziału w biegu.

Czy wrócę po tarczę do Lądka?

Tym razem wracam z biegu na tarczy, tak jak:

  • 23 inne osoby na 366 startujących w Złotym Maratonie,
  • 2 osoby na 579 startujących w Złotym Półmaratonie,
  • 29 osób na 403 startujących w Ultra Trail na 68km,
  • 28 osób na 297 startujących w K-B-L na 110km,
  • 24 osób na 103 startujących w Super Trailu na 130km,
  • czy 167 na 239 startujących w B7S na 240km.

Góry nas pokonały, pewnie za każdym DNF kryje się inna historia, inny ból, czasem kontuzja, inne rozczarowanie. Zapewne wielu było rozgoryczonych czy załamanych, a widok osób z medalami na szyi – konsternował. Ja jeszcze nigdy tak bardzo nie zazdrościłam tym wszystkim, którzy z godnością paradowali z medalami jeszcze wiele godzin po ukończeniu biegu. Zwłaszcza że medale były przepiękne, a wbieg na metę…cóż to dużo mówić…meta w Lądku była magiczna. Doping kibiców na ostatnich metrach był powalający, a atmosfera strefy finiszera niesamowita.

Mimo wszystkich moich prywatnych rozczarowań biegowych, byłam zadowolona że jestem w tym miejscu. Wiele łez szczęścia wylałam widząc jak mój kochany Tomek wbiega na metę, cały i zdrowy, choć wiem że z niego taki sam górski biegacz jak ze mnie. Mimo wszystko jemu się udało, co napawało mnie ogromną dumą i to podtrzymywało mnie na duchu.

Wiem, że „wyścigówka uliczna” jeszcze wiele musi się nauczyć o bieganiu po górach. Do poprawy w moim stracie na pewno jest:

  • technika zbiegów – niestety jest to coś co kompletnie mi nie wychodziło, 
  • panowanie nad stresem przedstartowym i wzmocnienie psychiczne, 
  • nauka biegania z kijkami – moje zostały w domu gdyż nie zdążyłam opanować umiejętności ich obsługi, a widziałam że wielu biegaczy radziło sobie z nimi świetnie,
  • zwrócenie 100% uwagi na dobrą dietę w tygodniu przedstartowym – może tu tkwi też jakieś ziarnko problemu, a nie ze wszystko zrzucam na stres.

Do Lądka Zdrój wrócę z pewnością bo Ekipa Załogi Górskiej robi wyjątkowo dobrą robotę. Na tej imprezie po prostu trzeba być, a moim celem jest wrócić z niej z tarczą.

PS. O tym kto pokonał i wygrał z górami na Ziemi Kłodzkiej dowiecie się w osobnym tekście – TUTAJ.

Zapraszam Was też do obejrzenia filmowej relacji z Festiwalu.

Komentarze Facebook

3 KOMENTARZE

  1. Kiss or kill – pocałuj chwałę albo zgin podczas próby- Kilian Jornet Biec albo umrzeć- w górach inaczej nie można!!!

  2. Marta, serdeczne dzięki! No warto zwrócić uwagę na to, że to coś całkiem innego niż bieganie po asfalcie, a nawet trail na nizinach :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here