Ultra powoli, czyli jak pokochać bieganie?

Dziesięć kilometrów. Ta odległość w zderzeniu z myslą, że trzeba ją pokonać na nogach dla kogoś, kto kiedyś jeździł samochodem po chleb, zdawała się być czymś irracjonalnym. Kiedy więc stawiasz sobie za cel pokonanie dystansu dwukrotnie większego, wydaje ci się, że to nie ma prawa się wydarzyć. A jednak. Chyba się uda.

Mój związek z bieganiem to nie są kwiaty i czułe słówka od pierwszej randki, raczej powolna praca, przyzwyczajenie, budowanie symbiozy. To nie jest eksplozja radość na każda myśl o biegu, ale jeszcze ten moment, kiedy najlepiej smakują rozstania, czyli ukończony dystans. Coś jednak wyraźnie się zmieniło, ponieważ podczas przygotowań do półmaratonu naprawdę polubiłem bieganie, poczułem się w tej samotnej batalii z własnymi słabościami komfortowo, tak, to chyba idealne określenie.

Pamiętam swoje pierwsze próby pokonania dystansu dłuższego niż trzy kilometry i za każdym razem wręcz panicznie wsłuchiwałem się we własny organizm. Nie chciałem puścić ręcznego hamulca, chcąc jednocześnie osiągnąć taki wynik, który zadowoliłby człowieka lubiącego rywalizację. Gdybym nie wyznaczył sobie konkretnego celu, ambitnego, bo przecież za taki trzeba uznać start w półmaratonie, nigdy nie złamałbym pewnych barier. I dużo bym stracił.

636069686341137874

- REKLAMA -

Do startu pozostało dwanaście dni. Wiem już, że pokonam ten dystans, pytaniem jest tylko czas, ale w tej chwili nie on jest najważniejszy. Dałem sobie przyzwolenie na brak rywalizacji z samym sobą, odpuściłem, próbując poszukać satysfakcji i nią zastąpić szaleństwo, które zazwyczaj w przypadku biegacza kończy się bezdechem i podparciem na kolanach, utratą cennego rytmu. Zrozumiałem, że lepiej biegać ultra powoli niż ultra głupio.

Kilkanaście dni temu mój kolega Marcin Rosłoń, były piłkarz Legii, ale także maratończyk i fan biegów ultramaratońskich i wszelkich ekstremów biegowych, wysłał mi krótki plan przygotowań na ostatniej prostej. Oczywiście, my dwaj funkcjonujemy w zupełnie innych przestrzeniach biegowych, to znaczy – ja truchtam, a Rosół biega. Ale przecież nie o to chodzi, by frustrować się, że były wyczynowy sportowiec ma ode mnie lepsze wyniki. Zwłaszcza, że – jak mnie ostrzegł – moja ambicja zostanie na trasie wystawiona na poważną próbę, gdy wyprzedzi mnie 60-letnia pani.
636069686341293886
Już wiem, że nie będę się z nią ścigał. Tak jak wiem, że warto ten debiut zaliczyć spokojnie, by znaleźć punkty odniesienia na kolejne biegi. I tak jak wiem, że mogłem przygotować się lepiej, zawsze można. To wszystko jednak teraz, na niespełna dwa tygodnie przed startem, kompletnie mnie nie interesuje. Mam tylko jedną myśl: skończyć to. Biec, nie iść.

Polubiłem te długie wybiegania. Zazwyczaj bardzo wcześnie rano lub późnym wieczorem, gdy Warszawa jest pusta. Uwielbiam to miasto, to prawdziwe moje miejsce na Ziemi. I dzięki bieganiu mogę lepiej poznać każdy kąt, most, park, zwłaszcza gdy trasę wyznacza mi zielona fala świateł i nigdy tak naprawdę nie wiem, którędy pobiegnę. To jest mój prywatny ultra bieg.

Jestem zadowolony, bo zdarzało mi się biegać i na urlopie, i po powrocie stamtąd, regularnie, a te treningi musiały przynieść efekty i z kogoś, kto panicznie bał się długich dystansów, potrafię dzisiaj na dystansie 10 kilometrów zejść poniżej godziny. Wiem, kiedy muszę zwolnić, a kiedy mogę przyspieszyć. Lepiej śpię, a kiedy nogi bolą, to przynajmniej wiem, od czego. Właściwie trudno mi wskazać negatywy biegania.

Czasem żałuję, że polubiłem bieganie tak późno i lubię sobie wyobrażać, co by się stało, gdybym miał 25 lat, nie 39. Jak mocniej mógłbym podkręcić na finiszu, czy szybciej wystartować. Ale lepiej późno niż wcale. Decyzja o rzuceniu palenia była jedną z najlepszych w moim życiu, szkoda, że tę o rozpoczęciu biegania podjąłem tak długo po tamtej. Tysiące wymówek z perspektywy czasu brzmi śmiesznie.

Blisko sto przebiegniętych kilometrów od końcówki lipca daje mi poczucie bezpieczeństwa, że kiedy stanę na starcie to nie przerazi mnie dystans. Organizm to polubił. Praktycznie nie piję alkoholu, staram się zdrowo odżywiać. Bieg pociągnął za sobą szereg innych korzyści. Bez względu więc na końcowy czas w półmaratonie, wiem, że już i tak jestem wygrany. Do zobaczenia na starcie.

 

Autor: Przemysław Rudzki