Wrzuć trening na fejsa – jeden lajkuje, inny wymiotuje.

(Ad vocem tekstu Marcina Nagórka – Biegowi Narcyzi)

Swego czasu na łamach portalu magazynbieganie.pl pojawił się tekst Marcina Nagórka na temat biegowego narcyzmu. Autor to bardzo dobry (można by rzec wyczynowy)  biegacz, znany w środowisku sportowym głównie ze średnich dystansów, obecnie także trener. Postanowił popełnić felieton o tym co myśli o biegaczach, którzy wrzucają swoje treningi na portale społecznościowe. Warto ten tekst najpierw przeczytać aby zrozumieć jak ogromną dozą frustracji i niepotrzebnie generowanych emocji wykazał się autor. Człowiek, który z pewnością niejedną klawiaturę zajechał pisząc felietony tym razem wykazał się niestety zbyt jednostronnym spojrzeniem na sprawę. Ok – felieton jako forma publicystyki jest, a nawet powinien być utrzymany w nieco radykalnej tudzież ironicznej formie, ale nigdy nie powinien wykraczać poza ramy dobrego smaku.

W tekście możemy przeczytać m.in. o tym, iż autora kompletnie nie interesuje to kto jak i ile trenował, ale to jaki osiągnął wynik na mecie. Serio? Czyjaś droga jaką pokonał do tego aby osiągnąć dany wynik jest niewarta uwagi? Ignorancja, poziom master. Wiele osób, które informuje innych o swoich treningach robi to dlatego aby poczuć się integralną częścią biegowej społeczności, której często w życiu realnym ma wokół siebie mniej niż w sieci. Nie każdy jest psychicznym twardzielem, który jest w stanie w samotności tłuc tysiące kilometrów bez wsparcia, motywacji innych osób.

- REKLAMA -

Pojawia się pytanie – co jest złego w poinformowaniu innych użytkowników o tym, że wykonało się taki czy inny trening? Każdy ma wolny wybór co wrzuca na swoją oś czasu – motocykliści wrzucają setki zdjęć swoich maszyn i zlotów, piłkarze wyniki meczów, pasjonaci kosmosu uchwycone w kadrze roje perseidów, a biegacze fotki z zawodów i screeny z treningów. Jak ktoś nie posiada żadnej pasji, to nie wrzuca nic – ewentualnie symboliczny tysiąc zdjęć swojego dziecka, fotkę z grilla na działce czy link do fejkowej informacji, że Jarosław Kaczyński po raz kolejny nie żyje. Osobiście wolę przeglądać fejsa nawet zawalonego „narcystycznymi” informacjami o bieganiu niż patrzeć na próbę zaistnienia w sieci osób, które nie interesują się niczym, a ich życie to tylko szara wegetacja na własne życzenie.

Mogę się zgodzić, że nachalne wrzucanie informacji o tym, że pobiło się kolejny rekord życiowy na treningu czy wrzucanie setek nic nie wnoszących motywatorów może być bardzo irytujące. Skrajności pojawiają się jednak w każdej sferze życia i t nie powód do tego aby generalizować w takim stopniu jak to zrobił autor. Zabrakło tutaj szerszego ujęcia tematu i próby spojrzenia z perspektywy samego biegacza. Wyobraźmy sobie kogoś kto pół życia przeżył jako nieaktywny grubas, który nie miał nigdy żadnej pasji. Nagle zaczyna coś w swoim życiu zmieniać, chudnie, staje się zdrowszy, zaczyna biegać, wreszcie przebiega maraton. Komuś kto biega od lat, w dodatku na tak wysokim poziomie jak Marcin zapewne trudno zrozumieć jakie emocje przeżywa człowiek po takiej transformacji. To jak wyjście na wolność po latach niewoli we własnym ciele. Czy droga jaka przeszła taka osoba nie jest warta tego aby o niej wspomnieć publicznie? Może dla kogoś innego będzie to impuls do tego by również zacząć iść podobną drogą i coś w swoim życiu zmienić?

Myślę, że warto się nad kilkoma kwestiami zastanowić zanim wyda się tak autorytarne osądy na temat ludzi, którzy swym rzekomym narcyzmem tak naprawdę nikogo nie krzywdzą. Pamiętajmy, że żyjemy w różnych środowiskach i społecznościach. Ja za biegowego narcyza się nie uważam, ale gdy udało mi się po raz pierwszy w życiu złamać 3h w maratonie, to napisałem o tym publicznie aby podzielić się swoją radością ze znajomymi biegaczami i biegaczkami. Cieszyły mnie gratulacje i zwykłe głupie lajki, bo taka jest natura człowieka – lubi być choćby trochę zauważony i doceniony. Równie dobrze mógłbym przejść się po sąsiadach i pukać od drzwi do drzwi informując o swoim „sukcesie”. Czy wtedy byłbym mniejszym narcyzem czy wręcz przeciwnie? Facebook to takie fajne miejsce gdzie możesz napisać, opublikować praktycznie wszystko co chcesz, a druga osoba może to przeczytać lub po prostu zignorować. Fajne, szybkie i wygodne. Gdybyśmy nie mieli takiej możliwości, być może sąsiad wysłuchujący informacji o naszych treningach w pewnym momencie powiedziałby po prostu – Kowalski, od dziś nie jest pan moim sąsiadem, nie lubię już pana. Sieć daje nam szerokie spektrum możliwości, a dzięki narcystycznym postom zawiązało się wiele przyjaźni, które owocują wsparciem na treningach i zawodach w realu.

I to jest najbardziej pozytywny aspekt opisanego przez autora zjawiska. Aby to jednak dostrzec trzeba samemu otworzyć się na ludzi, popatrzeć przez pryzmat ich przeszłości czy wreszcie zrozumieć ludzką naturę u podstaw, której często leży wrodzony ekstrawertyzm. I nawet jeśli w tym całym ekstrawertyzmie czy też narcyzmie znajdują się jakieś elementy, które mogą irytować czy też wpajać pewne nielogiczne treści, to zawsze lepiej z kimś takim pogadać niż nazywać pipą i wymiotować na widok jego postów.

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOtwarcie sezonu CITY TRAIL w Poznaniu, Warszawie i Szczecinie
Następny artykułBieg Kobiet w Warszawie – tłum różowych bab, które nie potrafią biegać
Tomasz Peisert
Redaktor naczelny, współwłaściciel, biegacz – amator od 15 lat. Gdy zaczynał biegać, nie miał o tym pojęcia, ale od razu porwał się na… maraton. Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy początkujących biegaczy, ale zgłębiając wiedzę i trenując systematycznie w końcu złamał granicę 3 godzin w maratonie. Teraz zdobytym doświadczeniem dzieli się z innymi, prowadząc grupy treningowe oraz tworząc poczytne teksty/felietony. Pisze to co myśli, często kontrowersyjnie, ale nigdy nie ukrywa faktów. Jego aktualne rekordy życiowe to: maraton 2:56:47, półmaraton 1:18:17, 10km - 35:19.