maratończyk pierwszy maraton

Nie mam 70 lat, nie spędzam długich godzin w kolejkach do lekarzy, nigdy nie byłem otyły, ani nawet nie miałem nadwagi. Nie będzie to więc spektakularna opowieść o kimś, kto pewnego dnia wstał z kanapy, zaczął ćwiczyć, zrzucił 50 kg i po dwóch latach ukończył Ironmana. By spełnić swoje biegowe marzenie – przebiec maraton, pokonałem jednak wiele innych przeszkód. I wiem jedno: wystarczy mocno chcieć, reszta się nie liczy! Zobacz jak pokonałem drogę od łamagi do maratończyka!

1 Sportowe pośmiewisko

Odkąd pamiętam, zawsze byłem sportowym łamagą. Nie potrafiłem zrobić jednej pompki, przy dwutakcie przewracałem się o własne nogi, a skrzynia gimnastyczna, przez którą z łatwością przeskakiwali moi koledzy, dla mnie miała wysokość Everestu! Najgorsze jednak były gry zespołowe. Na początku lekcji WF-u nauczyciel wskazywał dwóch kapitanów, którzy kolejno wskazywali graczy do swoich drużyn. Zaczynali oczywiście od najlepszych, mnie zawsze wybierali na końcu.

A bieganie? W podstawówce czasem chodziliśmy do pobliskiego lasu na znienawidzone przeze mnie kilkusetmetrowe kółko. Latem można było schować się wśród krzaków i parę okrążeń przeczekać. Gorzej wiosną, kiedy brakowało jeszcze liści i nauczyciel miał nas cały czas na oku. Ledwo żywy wlokłem się na samym końcu, a mój oddech ze świstem niósł się po okolicy.

WF był dla mnie koszmarem, a biegania unikałem jak ognia.