Nie mam 70 lat, nie spędzam długich godzin w kolejkach do lekarzy, nigdy nie byłem otyły, ani nawet nie miałem nadwagi. Nie będzie to więc spektakularna opowieść o kimś, kto pewnego dnia wstał z kanapy, zaczął ćwiczyć, zrzucił 50 kg i po dwóch latach ukończył Ironmana. By spełnić swoje biegowe marzenie – przebiec maraton, pokonałem jednak wiele innych przeszkód. I wiem jedno: wystarczy mocno chcieć, reszta się nie liczy! Zobacz jak pokonałem drogę od łamagi do maratończyka!

2Trudne początki

W liceum zacząłem jeździć na rowerze, a na studiach sporo chodziłem po górach. Wciąż pamiętam, jak dumny byłem zdobywając kolejne szczyty. I wtedy właśnie się zaczęło. Schodząc jednym z tatrzańskich szlaków, razem z moim kolegą Stanem, tak podkręcaliśmy tempo, że w pewnym momencie zaczęliśmy biec. To było ekstra! Ta wolność, szybkość i rozpierająca nas energia!

Żeby nie tracić czasu i formy poszliśmy biegać w Krakowie, gdzie zatrzymaliśmy się wracając
z Tatr do Poznania. Pierwszy kilometr nie sprawił nam większego problemu. „Przyspieszamy?!” – rzuciłem do kumpla, a on oczywiście nie miał nic przeciwko. Drugi kilometr był już gorszy. Na trzecim myślałem, że zaraz spłoną mi mięśnie i eksplodują płuca! Stan, jak się później okazało, czuł dokładnie to samo, ale, że ja nic nie mówiłem, on też się nie odzywał. Czwarty kilometr chyba wyparłem z pamięci. Dalej już bardziej szliśmy, niż biegliśmy szukając drogi powrotnej do naszego hostelu. A że żaden z nas za dobrze nie znał Krakowa ten pierwszy trening zdawał się nie mieć końca. Niezły początek, co? Początek, bo mimo trudności nie mieliśmy zamiaru rezygnować.