Wystarczy chcieć, czyli od łamagi do maratończyka

Pokonywanie trudności jest wpisane w tę pasję - tylko od Ciebie zależy czy będziesz w stanie się podnieść
Pokonywanie trudności jest wpisane w tę pasję – tylko od Ciebie zależy czy będziesz w stanie się podnieść kolejny raz

 

Pierwszy maraton

Zdanie zmieniłem szybko, bo jakieś pół roku później. I znowu przez szczęśliwy zbieg okoliczności. Na obozie rowerowym kolega z pokoju miał „Praktyczny poradnik dla biegaczy” – jedną z pierwszych wydanych w Polsce książek o bieganiu. Z zaciekawieniem zacząłem ją przeglądać, aż mój wzrok zatrzymał się na jednej z tabelek. To był plan treningowy do maratonu! I nawet tak strasznie nie wyglądał. Problem polegał na tym, że rozpisany był na pół roku, a do poznańskiego maratonu zostały niecałe trzy miesiące. Co jednak miałem zrobić? Przecież nie będę czekał do następnego roku!

Zacząłem realizować plan od połowy i szybko okazało się, że wcale nie był taki prosty. Z krótszymi treningami jeszcze sobie radziłem, dłuższe okazały się prawdziwym koszmarem. Zdarzało się, że na dwudziestym kilometrze miałem totalnie dość, a do przebiegnięcia zostawało mi jeszcze osiem albo dziesięć. Po takich biegach czasem dwa dni dochodziłem do siebie i chyba tylko cudem uniknąłem kontuzji. Dla nieprzygotowanego organizmu były naprawdę ciężkie, ale teraz myślę, że to głównie dzięki nim udało mi się jako tako przygotować do startu.

Nadszedł dzień maratonu. Wystartowałem trochę na żywioł, bez większej strategii i bez kontroli tempa. Celem było ukończenie, a  jak się uda – złamanie 4 godzin. Trzy tygodnie wcześniej zadebiutowałem w półmaratonie w Pile z czasem 1:38, więc byłem dobrej myśli. Zacząłem jednak za szybko. Na 25 kilometrze czułem się mocno zmęczonym, na 30 pierwszy raz doświadczyłem słynnej maratońskiej ściany. Był zimny, wietrzny październikowy dzień. Zaczął padać deszcz, a ja miałem na sobie bawełniane ciuchy. Nasiąknięte potem i wodą zrobiły się strasznie ciężkie i mocno obcierały. Prawdziwy problem stanowiły jednak palące przy każdym kroku mięśnie.

Mimo wszystko od 35 kilometra zacząłem mijać coraz więcej osób, które przechodziły do marszu. Dla moich zmasakrowanych nóg była to wielka pokusa. Robiłem wszystko, żeby jej nie ulec. Coraz wolniej i w coraz bardziej rozpaczliwym stylu, ale biegłem dalej.

Końcówka maratonu była na szczęście z górki. Kiedy przebiegałem koło stoku Malta Ski zobaczyłem i usłyszałem metę. Brakowało do niej dosłownie kilkuset metrów. Popłakałem się. Wiedziałem już, że nawet na kolanach, ale ten parszywy maraton ukończę! I ukończyłem. Do tego z całkiem przyzwoitym, jak na debiutanta, czasem – 3:38.

 

Satysfakcja przez duże „S”

Do samochodu musieli odprowadzić mnie kibice. Dobrze, że tata był kierowcą, bo ja nie byłbym w stanie naciskać na pedały. Korzystając z poręczy ledwo wdrapałem się do mieszkania rodziców. A był to parter! Jeszcze trzy dni po biegu miałem problemy z chodzeniem, tydzień po nim ciągle bolały mnie nogi. Ale nie narzekałem. Wręcz mi się to podobało. Pokonałem trudnego przeciwnika i każde napięcie mięśni mi o tym wymownie przypominało.

Byłem niesamowicie dumny! Maratony nie były wtedy aż tak popularne, więc tym bardziej wyjątkowym wyczynem było ukończenie jednego z nich. Ale jednego? Nie! Już wtedy wiedziałem, że na jednym na pewno się nie skończy.

 

Pierwszy maraton był ogromnym sukcesem, a potem już jest coraz lepiej :)
Gdy pokonasz swoje pierwsze trudności, wtedy jest już tylko lepiej.