Nie mam 70 lat, nie spędzam długich godzin w kolejkach do lekarzy, nigdy nie byłem otyły, ani nawet nie miałem nadwagi. Nie będzie to więc spektakularna opowieść o kimś, kto pewnego dnia wstał z kanapy, zaczął ćwiczyć, zrzucił 50 kg i po dwóch latach ukończył Ironmana. By spełnić swoje biegowe marzenie – przebiec maraton, pokonałem jednak wiele innych przeszkód. I wiem jedno: wystarczy mocno chcieć, reszta się nie liczy! Zobacz jak pokonałem drogę od łamagi do maratończyka!

3Wkręcam się

Po powrocie do Poznania biegaliśmy dalej. Nie pamiętam już, czy codziennie, czy prawie codziennie. W każdym razie za często. Zdecydowanie za często. I oczywiście za szybko. Efekt? Po niecałych dwóch tygodniach zamiast spodziewanego wzrostu formy ledwo byliśmy w stanie przetruchtać 200 metrów. Dosłownie wszystko nas bolało, słabo spaliśmy, ja miałem do tego duszności. Słowem: klasyczne objawy przetrenowania.

Zrobiliśmy przerwę, po której biegaliśmy już, jak nam się wtedy wydawało, dużo rozsądniej. Oznaczało to każdy trening na tej samej trasie i ostrą walkę o wykręcenie lepszego czasu. Ale robiliśmy przerwy, więc do podobnej, kryzysowej sytuacji, więcej na szczęście nie doszło.

Przyszła zima i Stan na jakiś czas zrezygnował z biegania. Ja biegałem dalej, systematycznie poprawiając moje czasy na około sześciokilometrowej pętli. Później wydłużyłem ją do ośmiu, a nawet dziesięciu kilometrów. Wydawało mi się to wielkim wyczynem!

Biegałem wyłącznie dla siebie. Jedynym, dużym biegiem, organizowanym wtedy w  Poznaniu, był maraton. Oczywiście po cichu o nim marzyłem, ale póki co był absolutnie poza moim zasięgiem. W końcu to ponad czterdzieści dwa kilometry – cztery raz więcej, niż mój najdłuższy dotychczasowy bieg!