Michał Matląg – biegacz na szczycie (wywiad)

0

 

T.P. – Która pasja zrodziła się wcześniej – bieganie czy góry?

M.M  – Zarówno pierwsze wyjazdy w góry jak i przygoda z bieganiem rozpoczęły się u mnie w szkole podstawowej. Przy czym biegania wówczas nie traktowałem jako czegoś szczególnego. Byłem najszybszy w klasie na 1000m i nauczyciel WF wysyłał mnie raz po raz na jakieś międzyszkolne zawody. Czasem nawet na podium udawało się stanąć. Niemniej w góry zacząłem regularnie jeździć jak tylko osiągnąłem pełnoletniość,  natomiast do biegania wróciłem dopiero w wieku 30 lat. Tak więc można uznać, że góry były wcześniej.

T.P. – Od jakich gór zaczynałeś swoją przygodę?

M.M. – Pierwsze góry z którymi się zetknąłem to były Tatry. Jako dziecko jeździłem przez kilka lat na kolonie i zimowiska do Białego Dunajca. Jednak pierwsze góry, w które pojechałem samodzielnie mając niespełna 17 lat to były Góry Stołowe. Potem już były tylko co roku Tatry, a w wieku 30 lat po raz pierwszy pojechałem w Alpy.

T.P. – Na jaką największą wysokość wszedłeś do tej pory?

M.M. – Najwyższym szczytem na jaki udało mi się do tej pory wejść jest położony w Tadżykistanie Pik Komunizma, który ma 7495m. n.p.m. Kiedyś była to najwyższa góra Związku Radzieckiego.

T.P. – Czy bieganie pomaga Ci w zdobywaniu szczytów czy to jednak zupełnie inny rodzaj wysiłku?

M.M. – Tak naprawdę zacząłem ponownie biegać żeby mieć lepszą kondycję w górach. Moje doświadczenia są takie, że to na pewno pomaga. Ale chyba nie tylko moje. Niedawno czytałem wywiad z Simone Moro, jednym z czołowych światowych himalaistów, który aktualnie bierze udział w zimowej wyprawie na Nanga Parbat – jeden z dwóch niezdobytych zimą ośmiotysięczników. Okazuje się, że Simone biega ok. 140km tygodniowo. Podobny trening stosuje praktycznie cała światowa, a także polska czołówka himalaistów. Daleko nie szukając Marcin Miotk, jedyny Polak, który do tej pory wszedł na Mount Everest bez wsparcia w postaci butli z tlenem jest także ultramaratończykiem. W maratonach osiąga czasy poniżej 3h czyli wynik będący marzeniem dla większości amatorów.

T.P. – Czy przygotowujesz się jakoś specjalnie do kolejnych wejść?

M.M. – Specjalnie chyba się nie przygotowuję jeśli mówimy o przygotowaniu fizycznym. Staram się utrzymywać stabilną formę przez cały rok. Natomiast do każdej góry przygotowuję się w każdym innym aspekcie. Staram się poznać topografię góry, pozyskać jak najwięcej informacji o możliwych trudnościach, które mogą mnie tam spotkać, dobrać w związku z tym właściwy sprzęt czy wreszcie zapoznać się ze zwyczajami i niebezpieczeństwami jakie mogą mnie spotkać w kraju do którego się wybieram.

T.P. – Potrafisz porównywać obie pasje? Sądzisz, że któraś z nich jest dla Ciebie ważniejsza?

M.M. – Góry są dla mnie zdecydowanie ważniejsze. W zasadzie żyję od wyprawy do wyprawy. Poza tym można powiedzieć, że góry „przeszkadzają” mi w bieganiu. Po powrocie z wyprawy zwykle trochę czasu musi minąć zanim wrócę do regularnego biegania. Długi pobyt na dużych wysokościach i wysiłek włożony w zdobywanie góry w połączeniu ze specyficzną dietą powoduje spore spustoszenie w organizmie. Tak więc bieganie jednak traktuję bardziej rekreacyjnie. W zawodach częściej występuję w roli pacemakera niż typowego wyczynowca bijącego się o życiówki. Aczkolwiek raz, dwa razy do roku staram się powalczyć o wynik i zwykle udaje się coś urwać. Poza tym jest coś co łączy obie te pasje – biegi górskie. Po raz pierwszy w życiu pojechałem w Bieszczady żeby wystartować w Biegu Rzeźnika, na szczycie Śnieżki też stanąłem pierwszy raz wbiegając tam w ramach treningu. Myślę, że pewnie jeszcze wiele polskich gór zechcę pozwiedzać właśnie w ten sposób. Będzie to jednocześnie dobry trening przed kolejnymi wyprawami w góry wysokie.

T.P. – Czy zdobycie siedmiotysięcznika jest dla Ciebie uczuciem zbliżonym do tego jakie towarzyszy człowiekowi po ukończeniu pierwszego maratonu?

M.M. – Na pewno w obu przypadkach towarzyszyła mi ogromna radość jednakże trud włożony w zdobycie góry był znacznie większy i chyba dlatego też byłem bardziej szczęśliwy na szczycie. Mimo, że było tam dość zimno siedziałem tam prawie godzinę zanim zacząłem schodzić. Musiałem się nacieszyć tym osobistym sukcesem.

T.P. – Gdybyś mógł wybrać pomiędzy zostaniem rekordzistą świata w maratonie, a zdobyciem Gangkhar Puensum, najwyższego niezdobytego przez nikogo szczytu na świecie, co byś wybrał?

M.M. – Myślę, że nie wahałbym się ani sekundy i oczywiście wybrałbym zdobycie góry.

T.P. – Jak wyobrażasz sobie siebie w wieku 80 lat? Na trasie maratonu czy jednak bardziej na górskim szlaku?

M.M. – Każdą z tych opcji biorę teraz w ciemno, bo czy będę w stanie w tym wieku biegać maratony czy chodzić po górach oznaczać będzie, że będę ciągle w niezłej formie. Mało kto w tym wieku może się czymś takim pochwalić.

T.P. – Twoje największe marzenie związane z alpinizmem?

M.M. – Zawsze marzyłem o zdobyciu ośmiotysięcznika. Wygląda na to, że już niebawem będę mógł podjąć próbę spełnienia tego marzenia bo na początku kwietnia wylatuję do Nepalu gdzie wezmę udział w wyprawie na czwarty szczyt świata Lhotse mierzący 8516m. n.p.m.

T.P. – Dziękujemy i życzymy powodzenia, zarówno na trasach biegowych jak i w zdobywaniu kolejnych szczytów.

M.M. – Dziękuję.

Komentarze Facebook