Transgrancanaria 2018 – relacja zwyciężczyni na dystansie 125km, Magdaleny Łączak

0
Transgrancanaria Ultra Run Magdalena Laczak woman winner 2018

Na Trangrancanarię chcieliśmy pojechać już od kilku lat, ale w tym okresie ciężko opuścić nam Polskę z powodów zawodowych, dlatego sam pomysł wyjazdu pojawił się w ostatniej chwili i czasu na jakieś wielkie przygotowania nie mieliśmy zbyt dużo. Przed biegiem byłam bardzo wystraszona. Dystans 125 km to dla mnie najdłuższy dotychczas dystans, a każdy kilometr powyżej setki to duże wyzwanie. Poza tym -7500 m przewyższenia, to fajnie, ale jednak dużo, szczególnie że trenowanie w wysokich górach w Polsce w styczniu, nie jest łatwe.



Już zgłaszając się na zawody wiedziałam, że w szczytowej formie na pewno nie będę, choć z kolei na pewno w lepszej niż w połowie ubiegłego roku. Zależało mi tylko na ukończeniu. Prawdę mówiąc w ogóle nie zakładałam walki o podium. Na liście startowej Caroline Chaverot, Andrea Huser, Ekaterina Mityaeva, Amy Sproston, Emilie Lecomte, Francesca Canepa – to były pretendentki do podium. Od razu odhaczyłam je jako inną ligę, bo lubię nie przesadzać w planowaniu. Z mojej półki na liście było jeszcze 6 innych zawodniczek, więc walka o top ten była realna, walka o top 5 była w sferze – pomarzyć zawsze można, natomiast top 3 nie pojawiło się w moich najśmielszych wyobrażeniach ani raz. Nie przepadam za fantastyką w filmach, w książkach i w życiu codziennym również.

Miałam w głowie zakodowane, ze liczę się tylko ja, mój komfort i nic więcej.
Do 50 km – Presa de los Perez szło gładko, ale gdzieś pomiędzy 50 km, a 62 km moja latarka niepokojąco zamigała informując, że bateria się kończy. Zaczęły się kalkulacje, co robić. Pomysły na rozwiązanie problemu jeden po drugim wydawały mi się coraz głupsze, więc wróciła do wersji 1: trzeba oszczędzać baterię w telefonie na czarną godzinę to raz, 2: trzeba wypakować e-lite i na podejściach i wypłaszczeniach gasić światło. Trochę mnie to wybiło z rytmu. Końcówkę podejścia marnie szłam, to wieczne pstrykanie światłami i zastanawianie się czy bateria bardziej pada od włączania i wyłączania czy ciągłego świecenie ect. Na punkcie w Arrucas pytam organizatorów ile do wschodu słońca, a Ci się śmieją. Mówię, że poważnie pytam. Pan zrobił minę „widzę kosmitę”, popatrzył na zegarek i powiedział: około 1h.

Ok, jakoś dam radę, tu jest sporo zapychania pod górę. W tym miejscu nie szło mi idealnie. Byliśmy tu z Pawłem na treningu, pierwszy raz używałam słuchawek i miałam moc nad moce. Teraz nie biegłam tylko szłam i jakoś tak nie czułam wielkich sił w sobie, ale nie bardzo mnie to martwiło. W końcu mogły mnie przejechać 4 dziewczyny a miejsce nadal byłoby dla mnie rewelacyjne.

Dziwne, bo na tym odcinku moja przewaga powiększyła się o kolejne kilka minut. A najważniejsze, że czułam się ekstra. Ja po prostu bardzo lubię Wyspy Kanaryjskie.
I tak wstał świt, zbieg do Tejedy robiłam już przy świetle słońca.
W Tejedzie czekała Patrycja, dowiązała mi buty, bo w górach zmarzły mi dłonie i sama nie mogłam rozwiązać, a chciałam dowiązać, bo trochę słabo zasznurowałam przed startem. Dała mi picie, jedzenie i znów ruszyłam w góry.
Przelot do Roque Nublo i Pico de la Nieves dobrze znam z treningów z wcześniejszych wyjazdów, więc fajnie mi się cisnęło.

Szkoda, że na Roque była mgła i była kiepska widoczność, ale nie można mieć wszystkiego.
Garanon i ziemniak na drogę, wypiłam też dwie małe herbaty i każda z dwoma saszetkami cukru, miód nie herbata, ale wchodziła bezbłędnie. Przy stole bym się skrzywiła, ale w Garanon to były delicje.

Do Tunte biegło mi się szybko, rozmyślając o tym że w życiu nie widziałam tutaj ani jednej kałuży, a teraz jest ich tyle, kosmiczny widok. Potem zaczyn się droga z kamieni no i miasto. Za chwilę Patrycja zaaplikuje mi świeże picie i jedzenie i ruszam na końcówkę 
Ostatni podbieg idzie mi super, nie wiem jak to możliwe, że mam siłę i przede wszystkim chce mi się biec pod tą górę??? No, ale chce mi się, a jestem tu z powodu chcenia więc biegnę. Lubię ten podbieg. Ooooo nie ma wielkiego głazu na środku ścieżki który tu zawsze leżał… Za zakrętem czyha milczący fotograf, dopiero gdy go zauważam zaczyna się odzywać. Cwaniaczek, chce mieć real foto:) Dużo takich z tego biegu.

Jestem na przełęczy i zbieg tutaj pojawiają się maratończycy na trasie, zatrzymują się żeby kibicować, bardzo wesołe ekipy, mało pojedynczych biegaczy. Trochę udzieliła mi się ich euforia, więc jakoś tak luźniej biegnę. Zaczynam uświadamiać sobie, że ja jestem pierwsza. Myślę sobie o tym jak to jest nierealne, i do razu wraca przytomność: myśl dalej o głupotach wywalisz się albo nogę skręcisz i plan padnie, nie dobiegniesz do mety. Udzielam sobie nagany za idiotyczne myśli i wracam do muzyki i swobodnego biegu.
Bardzo lubię ten odcinek, często przyjeżdżaliśmy podczas innych wyjazdów z Pawłem na tamę w Ayaquares żeby pobiegać. Zaczyna być słychać punkt, ilość biegaczy zwiększa się w lawinowym tempie. Na punkcie tankuję, dopadam pomarańczy. Ktoś za moimi plecami pogania mnie i każe biec. Przechodzi mi przez myśl: co to za porządki, dlaczego oni tak cisną, mam rozsądną przewagę… no dobra, niech Wam będzie. Odbiegam od punktu i już tylko krótki ostatni podbieg. Cały do wybiegnięcia w warunkach treningowych. Ruszam się świńskim truchtem, kusi mnie żeby tempo sprawdzić. Cały czas mam włączonego tracka, nie przełączę, nie dam się.

Podbieg szybko się kończy i zaczyna się ostatni zbieg. Przez głowę przelatuje rozmowa z Krystianem Ogłym za 16 km, „Andrea jest naprawdę dobra na zbiegach”.
Zastanawiam się czy to możliwe żeby mnie dogoniła. Racjonalna część mnie mówi, że to raczej nie możliwe, wizjonerska mówi, że dopóki piłka jest w grze, gra trwa.
Wbiegam do kanału i dość lekko lecą kilometry. Gorąco zaczyna dawać w kość, słońce palić zaczyna niemiłosiernie, ale przy ścianach skalnych czuć zbawienny powiew chłodu, teraz wiem, że to Piotrek Hercog posyłał chłód.

Przy punkcie z wodą, który jest w środku niczego i nie miało go być, poznaję się z Sange Sherpa – trochę sobie pogaduszki robimy, lecimy razem do ostatniego punktu w Maspalomas. W Maspalomas chcę już kończyć, już czas, ostatnie 4 km i meta. Nie myślę za wiele, bo i o czym. Gorąco mi. W biustonoszu powoli topi się lód który podprowadziłam z pomarańczy na punkcie.

Słychać metę, na ostatnim rondzie. Grzesiek Durał podaje mi flagę co mogę innego zrobić – wbiegam na metę. Nie planowałam jak to będzie jak wygram zawody, więc ze zmęczenia padam na kolana. Ot błazenada. Wszyscy skaczą, ślą uśmiechy a ja… na kolanach. Szybko wstaję, żeby nie robić wioski, ale zdjęcia zrobione. Wymazać się nie da. Ot cała ja.
Dotarło do mnie, że zrobiłam coś naprawdę wartościowego dopiero podczas dekoracji. Ta atmosfera, Ci ludzie. Wracam do domu z poczuciem zrealizowania planu – kolejny raz meta została osiągnięta, a pierwsze miejsce dostałam.

Pełne wyniki z imprezy znajdziecie klikając TUTAJ

fot. Konrad Rogoziński

Magdalena Łączak to jedna z najlepszych biegaczek górskich w Polsce i jak się okazuje również na świecie. Jest zwyciężczynią takich prestiżowych imprez jak: Bieg 7 Dolin (100km), Złoty Maraton na DFBG, Bieg Rzeźnika (78km) czy Regatta Bieg Wierchami (50km).  

Komentarze Facebook